Dowcipy

Rabuś w banku milcząco podaje kasjerowi kartkę : -Złóż wszystkie banknoty do dużej koperty, tylko dyskretnie, przekaż ją mnie. Kasjer milcząco podaję mu inną kartkę: -Proszę poprawić krawat. Jest pan fotografowany.

środa, 12 marca 2025

humoreska nr 122 MEDYTACJEE JANKA

 

                                             MEDYTACJE  JANKA

    Był rok 1952. Janek mieszkał na wsi i chodził do trzeciej klasy. Siedział na małym stołku i na taborecie mozolnie pisał. Pani nakazała przepisać 5 razy każde słowo w którym był błąd. Szybko policzył – 7 błędów, więc 7 razy 5 to 35, dużo roboty. Uwielbiał matematykę. Tu jest wszystko proste. 4 to 4, 8 to 8, a 7 razy 9 to zawsze 63. A w tym polskim nawymyślali: u i ó, ż i rz, e i ę, po co to wszystko, komu to potrzebne?

    Przy stole siedział Tata i Staniek, rozmawiali i palili papierosy. W pewnej chwili Tata zapytał: - A jak twój Franek? Janek wiedział, że Franek chodzi do szkoły w mieście. Staniek powiedział: - Mądre to, śkolone to, a tuman że aż strach.

   Jak to może być myślał Janek: mądry i tuman? U niego w klasie był Marek, ale wszyscy na niego wołali Grucha. Był wielki i silny. W każdej klasie siedział po dwa lata. Pani powiedziała raz, że jest największym głąbem w szkole.

   We wsi najsilniejszy i największy jest Józef Kosin, stary kawaler bo żadna panna nie chce go. Wanda od Kocielów, do której podwalał się powiedziała: - Wyrósł jak brzoza, a głupi jak koza. Czy jak ktoś jest silny to musi być głupi? Zastanawiał się Janek.

    Tyle  rzeczy jest niezrozumiałych choć by te mycie. Mama ciągle każe mi się myć. W sobotę wsadza mnie do balii i szoruje. Przecież każdy wie, że krowa się nie myje i żyje. Kury też się nie myją, a nawet uciekają pod dach jak pada i co?

    W niedziele wszyscy idziemy do kościoła. Dwa kilometry. W lecie boso, dopiero pod kościołem zakładamy buty. W kościele jest nudno. Czasem podoba mi się jak grają organy. Co chwila trzeba klękać albo stać lub siedzieć jak kto ma na czym. Marek od wuja Władka powiedział mi, że to po to aby ludzie nie posnęli. On ma 15 lat i nieraz mi coś tłumaczy.

    Ksiądz gada po łacinie i nikt nic z tego nie rozumnie. Dopiero kazanie jest zrozumiałe. Ostatnio krzyczał, że trzeba się modlić o zdrowie. Ja myślałem, że zanim zmarła na suchoty, na jesieni, piękna Kasia od Kordalskich to pół wsi modliło się o jej zdrowie, a Kordalscy dali pieniądze na msze i nic nie pomogło.

    We wtorek był pogrzeb starego Rochny. Jak wyprowadzali go ze wsi to na przemian śpiewał ksiądz z organistą – po łacinie. Nie wiedziałem o czym. Marek od wuja Władka powiedział, że jeden śpiewał: - Umarł bogaty! – a drugi odpowiadał: - Aby jutro też był taki!

     Nic z tego nie rozumnię. To oni modlą się o to żeby codziennie ktoś umierał i w dodatku bogaty?

 

 

 

NIE POWRÓCE DO GRZTBOBRANIA

    

       

NIE POWRÓCĘ DO GRZBOBRANIA

 

    Była godzina czwarta po południu gdy Czesio, leżąc na wersalce, zadzwonił do Janka i zapytał – Co robisz?

     Czytam gazetę, a co chciałeś?

     Chciałbym żebyś przyszedł do mnie bo po wczorajszej przygodzie z niedźwiedziem nie mogę dojść do siebie.

     Będę za 15 minut. Wypijemy po kieliszku to Ci się polepszy.

     Rzeczywiście już po kilkunastu minutach przyjaciele się witali.

     To opowiadaj mi o tym niedźwiedziu.

     Zacznę od początku. Jak wiesz uwielbiam zbierać grzyby.

     Tak, tak – jeździsz prawie przez cały rok, od marca do grudnia. Wiem, że w marcu zbierasz czarki, potem wszystkie inne, a w grudniu gąski. To opowiadaj Czesiu co Ci się przytrafiło.

    Pojechałem rano w rejon Wilgi, przeszedłem przez stary las aż do takiej samosiejki i oniemiałem.  Tyle rydzy nie widziałem w życiu. Zacząłem ciąć. Siedziały jeden przy drugim, małe, średnie i duże. Prawie wszystkie zdrowe. Po prostu cudo. Minęło chyba ze 40 minut, a mój kosz był pełen. Pomyślałem sobie a to się żona ucieszy. Jak jeszcze jeden kosz uzbieram to wystarczy i dla nas i dla wnuków.

    Podniosłem się z klęczek z zamiarem pójścia do samochodu i opróżnienia kosza.   Wtedy usłyszałem jakiś trzask, spojrzałem i zobaczyłem niedźwiedzia. Był jakieś 100 metrów ode mnie i szedł w moją stronę. Zacząłem uciekać, a on za mną. Biegnę, kosz mi przeszkadza, więc go zostawiłem. Oglądam się, a to bydle jest z 10m za mną. Pomyślałem – Czesiu już po tobie!

   Na moje szczęście ten niedźwiedź się poślizgnął i przekoziołkował. Ja dopadłem do samochodu i gaz do dechy. Dojechałem do szosy, potem jeszcze kawałek i stanąłem na poboczu. Byłem tak roztrzęsiony, że nic nie potrafiłem zrobić. Wtedy postanowiłem: do grzybobrania nie powrócę już nigdy. Po jakiejś godzinie przywlokłem się do domu. W nocy nie mogłem spać i jak widzisz do teraz jest ze mną kiepsko.

    Wypijmy Janku po kieliszku.

    Powiem Ci Czesiu, że Ty jesteś bardzo odważy, ja na twoim miejscu to bym ze strach w spodnie narobił.

    A jak myślisz Janku na czym ten niedźwiedź się poślizgnął?

 

                                                  Piaseczno marzec 2025r.

poniedziałek, 13 stycznia 2025

OBRUS

 

                                         O B R U S

 

  Po wojnie, w latach sześćdziesiątych, do miast i miasteczek napływali młodzi i wykształceni. Dostawali od państwa pracę i dach nad głową. Byli tymi, którzy dotąd w życiu niczego dobrego nie doświadczyli, to też cieszyli się tapczanem kupionym na raty, czy kompletem talerzy. Wzajemnie odnajdywali się i tworzyli grupy towarzyskie.

    W pewnym mieście powiatowym, w województwie Olsztyńskim powstała też taka grupa. W jej skład wchodziły małżeństwa:

 - Stanisława i Stanisław Opolscy – ona położna, on ginekolog, pracowali w miejscowym szpitalu.

- Katarzyna i Stefan Barscy – ona ekonomistka, on adwokat znany z ciętego języka i złośliwości.

 - Waleria i Maciej Cegły, on inżynier mechanik, a ona ekonomistka. Maciek był znany z nadużywania alkoholu.  Walerka szybko zasłynęła jako najbardziej elegancko ubrana kobieta w mieście. Miała bowiem ciotkę w Ameryce która przysyłała jej szałowe ciuchy, a ona  wiedziała jaki z nich zrobić użytek.

  - Maria i Marek Lerscy – on inżynier rolnik, a ona sadownik. Złośliwy Stefan opowiadał, że Marek najpierw zakochał się w dwóch szklarniach, które miała w posagu Marysia, a dopiero później w niej bo była niezbyt urodziwa. Marysię wszyscy lubili za jej dobroć, hojność i wieczny uśmiech. Lerskich nazywano badylarzami.

    Lata płynęły i nasza grupa dorabiała się. Pod koniec lat sześćdziesiątych każde małżeństwo miało już samochód. Wtedy mówiło się: - u ginekologa: ”Sto piczek i Moskwiczek”, u adwokata: „Jedna, druga sprawka i Warszawka”, „ badylarz ma duży dochód i duży samochód.”

      W początku maja !971 roku Stasia i Staś wyprawili dla przyjaciół huczne imieniny. W przeddzień Stasia szepnęła, w wielkiej tajemnicy, Kasi, że będą pieczone gołąbki. Oczywiście jeszcze tego samego dnia wszyscy o tym wiedzieli i nie mogli już doczekać się takiego rarytasu bo  nikt tego nigdy nie jadł takiego rarytasu.

    Stół zastawiony na osiem osób uginał się od jadła i napoi. Był rosół z makaronem, żurek z kiełbasą, schabowy z kapustą, golonka i mnóstwo sałatek. Oczywiście stały butelki z wyborową, dwa „Napoleony” z Peweksu przyniesiony przez gości i bułgarski „Ciociosan”. Ale najważniejszy był obrus. Ogromny, śnieżno-biały, wyszywany w cudne kwiaty. Wprost cudo. Panie nie mogły wyjść z zachwytu. Skąd go masz Staszka? – A to prezent od Teściowej!!!

     Cały pokój tonął w kwiatach, które przynieśli goście, a najwięcej Lerscy. Złośliwy Stefan powiedział: „Szkoda, że nie ma tu krowy bo by najadła się.”

  Atmosfera była wspaniała, sypały się dowcipy, alkohol płynął obficie. Po kilku godzinach Stasia przyniosła z kuchni ogromny tort. Podeszła do Maćka i powiedziała: „Postaw to na stole.” Maciek wstał, wziął paterę do prawej ręki podniósł do góry jak najwyżej i powiedział: „Patrzcie jakie cudo.” Potem zachwiał się, lewą ręko starał się złapać równowagę, prawa przechyliła się. Tort zsunął się z patery na wazę z czerwonym barszczem. Waza z hukiem potoczyła się w jedną stronę, tort w drugą po obrusie, na  kant stołu. ze stołu na kolana i brzuch jego żony okryte piękną suknią, a z kolan na podłogę.

    Zapanowała kompletna cisza.

     Stasia kucnęła i przyglądała się kawałom toru na podłodze i spokojnie powiedziała: „ Nic się nie stało.” Wtedy Maciek powtórzył bełkotliwym głosem:  „Nic się nie stało”, ciągle stojąc.

   W Walerkę  wstąpił czort - ryknęła: „Nic się nie stało ty moczymordo, a obrus, a tort, a moja suknia”??? Ludzie – gdzie ja miałam głowę kiedy zdecydowałam się wyjść za takiego dupka???   

    To ja Ci powiem, odezwała się – życzliwa całemu światu Marysia – było to w lesie, w samochodzie, przy otwartych oknach i drzwiach, twoja głowa spoczywała na tylnym siedzeniu, a zewsząd było słychać śpiew ptaków, a Tobie wydawało się, że jesteś w raju. Skończyła. Po chwili ciszy rozległ się gromkie brawa. Marysia spłonęła. O sponiewieranym obrusie już nikt nie pamiętał.

 

                                                                       Piaseczno grudzień  2024 rok

 

sobota, 10 sierpnia 2024

Humoreska nr 119 POzYCZKA

       

                                     POŻYCZKA

   Staś i Heniek urodzili się w jednym czasie i w jednym bloku w Łodzi. Znali się od piaskownicy. Chodzili do jednej klasy. Po szkole podstawowej wybrali sześcioletnie technikum budowy maszyn włókienniczych. Zatrudnili się w dużym zakładzie tkackim. Szybko zyskali opinie doskonałych fachowców od konserwacji i naprawy maszyn. Niedogodnością było to, że pracowali w systemie trój zmianowym i nie zawsze mogli spotkać się  kiedy mieli na to chęć.

    Staś ożenił się z Zosią, a Heniek z Kasią. Panie nie przepadały za sobą, ale musiały tolerować się ze względu na przyjaźń mężów. Lata płynęły. Każde małżeństwo miało dwoje dzieci. Przyjaźń trwała.

    Zosia uznawała zasadę: - wydatki nie mogą być większe od dochodu. Z tego powodu zawsze mieli pieniądze. Kasia natomiast miała gest i to skutkowało tym, że zawsze Heniek spłacał kredyty lub pożyczki.

     Pewnego dnia Zosia gotowała obiad, Staś był w pracy, a dzieci w szkole. Niespodziewanie przyszedł Heniek. Siadaj, powiedziała gospodyni, zrobię Ci herbatę. Usiadł i powiedział: - Jesteś piękna. Dałbym Ci 500zł gdybyś mi się oddała, mażę o tym od lat. Zaskoczona powiedziała: - gadasz głupstwa, albo żartujesz.

     Nie żartuję, dam Ci tysiąc.

     Zaczęła intensywnie myśleć: - Za 1000 mogłabym sobie kupić jakieś wystrzałowe ciuchy nie pytając Stasia.

     Dobrze idź do pokoju, ale najpierw pieniądze. Położył i poszedł. Przeliczyła i schowała. Poszła za nim.

     Po południu wrócił Staś. Od progu zapytał: -Był tu Heniek?

     Był, a czemu pytasz? Dzwonił do mnie i mówił, że wpadnie i zostawi ten 1000zł, który pożyczł miesiąc temu.

     Zostawił, powiedziała stawiając obiad na stole. Zagryzła wargi do krwi. W głowie jej huczało. A to bydlak, a to cham, gnojek. A ja kim jestem – sprzedajną dziwką? Co mi strzeliło do głupiego łba? Zgłupiałam na starość? Nie spojrzę w lustro! To chyba ta moja chciwość zgubiła mnie. Do śmierci nie będę miała szacunku do siebie.

 

                                                                                   Piaseczno 9.08.2024r.

poniedziałek, 17 czerwca 2024

HUMORESKA NR 118 LIŚĆ SAŁATY

 

                                                   LIŚĆ  SAŁATY

  Zaspał. Szybko ubrał się, wskoczył do „Syrenki” i popędził do Stoczni,   bez śniadania. W jego mniemaniu marny byłby to szef co przychodzi ostatni do pracy. Swoją pracę cenił – dawała mu satysfakcję. Od czterech lat był kierownikiem Wydziału Obróbki Metali w Stoczni. Zaraz po studiach na Politechnice Gdańskiej dostał propozycję tego etatu. Pracownicy przyjęli takiego młodzika z rezerwą, ale jego wiedza, pracowitość i szacunek dla ludzi szybko zjednały mu sympatię.

    O 16-stej, jak codziennie, poszedł na obiad do zakładowej stołówki. Zupę grochową zjadł błyskawicznie, na drugie danie czekał długo. Wreszcie podjechała kelnerka z wózkiem i postawiła przed nim talerz z dwoma kotlecikami, ziemniakami i liściem sałaty pokropionym śmietaną. Widelcem odgarnął sałatę i zobaczył dżdżownicę wijącą się na ciepłych ziemniakach. Zamurowało go. Wziął talerz i poszedł do kuchni.

   Pierwszą osobę jako spotkał zapytał: - Kto tu rządzi?

   - Ja panie inżynierze, o co chodzi?

   - Niech pani zajrzy pod ten liść sałaty!

  Zajrzała, podała talerz jakieś kobiecie i powiedziała: - Proszę do mnie. Zaprowadziła go do kancelarii i nakazała siedzącej tam dziewczynie żeby przyniosła dwa drugie dania z mizerią.

   Gdy usiadł, doszło dopiero do niego, że ma przed sobą elegancką i piękną kobietę. Skąd pani wie, że jestem inżynierem? – Zapytał.

   Uśmiechnęła się i to jak pięknie.

   Słyszałam niejednokrotnie jak do pana zwracają się ludzie. Przepraszam za incydent z dżdżownicą. Mam tu praktykantki z technikum gastronomicznego, to chyba ich wina. Świeże warzywa dostaję od miejscowych badylarzy.

   Jedli razem, a on nie potrafił powstrzymać się od spoglądania na tę piękną kobietę. Po chwili powiedziała: - Mam tu książkę „Zażaleń i życzeń” – jak pan chcę to może coś wpisać.

  Zażaleń nie mam, ale życzenie a właściwie prośbę – tak. Bardzo proszę aby pani zgodziła się zjeść ze mną jutro kolację. Jak ma pani na Imię? Spotkajmy się jutro przy „Neptunie” o 19-stej?

  Może przyjdę, a może nie, niech pan czeka. Jestem Agnieszka, pan?    

  Marek.

  Wrócił do swojej kawalerki, położył się i zaczął rozmyślać: - Co ja zrobiłem? Ustaliłem przecież, że będę starym kawalerem. Tak to było dawno i dotąd dotrzymywałem danego sobie słowa. Ale ta Agnieszka jest rewelacyjna?

   Gdy był na czwartym roku studiów zakochał się w Kasi, studentce medycyny. Była jego pierwszą kobietą. Kochali się bardzo często. Trwało to ze trzy miesiące. Kiedyś czekał na nią w akademiku przy portierni. Podszedł do niego nieznajomy blondyn i powiedział: Czekasz   na Kasie? Zaskoczony zapytał: -Skąd wiesz?

  - Widziałem cię z nią. Masz dużo szwagrów, mnie możesz też do nich zaliczyć. Odszedł.

   To znaczy, że Kasia jest puszczalska, pomyślał i wrócił do rodziny.

   Minęły dwa dni. Zbudził się z opuchniętym prąciem i bólem przy oddawaniu moczu. Lekarz w przychodni powiedział: -„ rzeżączka”.  Niech się pan nie rusza – wezwę karetkę. Wylądował w szpitalu. Położyli go w izolatce. Faszerowali go antybiotykami. Na korytarzu spotkał się z ironicznymi uśmiechami i usłyszał słowo – weneryk. Był załamany. Odwiedził go ojciec, pocieszył go. Powiedział też: - Nie zadawaj się z byle szmatami.

   Po dwóch tygodniach wypisali go. Wtedy postanowił, że żadnej kobiety nie dotknie bo to podłe stworzenia. Ta Kasia często powtarzała: -„Ty mój jedyny”. Dziwka.

   Stał pod „Neptunem” już 20 minut. Minęła dawno 19-sta. Wreszcie zobaczył swoje cudo. Kiedy wchodzili do lokalu ocenił Agnieszkę po inżyniersku: - ani pół kilograma za mało ani za dużo – idealna figura.

   Wyszłam za mąż 4 lata temu – powiedziała Agnieszka. Kaziu zmarł po roku na raka trzustki. Nie mogłam mu tego wybaczyć, tak go kochałam. Byłam załamana. Doszłam do wniosku, że chłopy to dranie i poradzę sobie bez takich krzywdzicieli. Zamilkła, on też.

   Zagrała orkiestra. Lubisz tańczyć? – zapytał.

   Nie tańczyłam od wielu lat, ale dziś spróbuję jak mnie poprosisz.

   Tańczyli dokąd grała orkiestra. Było im z sobą dobrze, bardzo dobrze. Kiedy się rozstawali oboje wiedzieli, że nie na długo.

   Ślub wzięli po trzech miesiącach. Oboje uwierzyli, że wśród kobiet i chłopów to nie wszyscy są podli i zakłamani. Kochali się i byli bardzo szczęśliwi. Doczekali się trojga udanych dzieci.

   Przy różnych okazjach wspominali, że swoje szczęście zawdzięczają liściowi sałaty i dżdżownicy.

    

sobota, 20 kwietnia 2024

HUMORESKA NR 117 TORT

                     

         

                               T O R T   

     Po wojnie, w latach sześćdziesiątych, do miast i miasteczek napływali młodzi i wykształceni. Dostawali od państwa pracę i dach nad głową. Byli tymi, którzy dotąd w życiu niczego dobrego nie doświadczyli to też cieszyli się tapczanem kupionym na raty, czy kompletem talerzy. Wzajemnie odnajdywali się i tworzyli grupy towarzyskie.

    W pewnym mieście powiatowym, w województwie Olsztyńskim powstała też taka grupa. W jej skład wchodziły małżeństwa:

 - Stanisława i Stanisław Opolscy – ona położna, on ginekolog, pracowali w miejscowym szpitalu.

- Katarzyna i Stefan Barscy – ona ekonomistka, on adwokat znany z ciętego języka i złośliwości.

 - Waleria i Maciej Cegły, on inżynier mechanik, a ona ekonomistka. Maciek był znany z nadużywania alkoholu.  Walerka szybko zasłynęła jako najbardziej elegancko ubrana kobieta w mieście. Miała bowiem ciotkę w Ameryce która przysyłała jej szałowe ciuchy, a ona  wiedziała jak z nich zrobić użytek.

  - Maria i Marek Lerscy – on inżynier rolnik, a ona sadownik. Złośliwy Stefan opowiadał, że Marek najpierw zakochał się w dwóch szklarniach, które miała w posagu Marysia, a dopiero później w niej bo była niezbyt urodziwa. Marysię wszyscy lubili za jej dobroć, hojność i wieczny uśmiech. Lerskich nazywano badylarzami.

    Lata płynęły i nasza grupa dorabiała się. Pod koniec lat sześćdziesiątych każde małżeństwo miało już samochód. Wtedy mówiło się: - u ginekologa: ”Sto piczek i Moskwiczek”, u adwokata: „Jedna, druga sprawka i Warszawka”, „ badylarz ma duży dochód i dobry samochód.      W początku maja !971 roku Stasia i Staś wyprawili dla przyjaciół huczne imieniny. W przeddzień Stasia szepnęła, w wielkiej tajemnicy, Kasi, że będą pieczone gołąbki. Oczywiście jeszcze tego samego dnia wszyscy o tym wiedzieli i nie mogli już doczekać się takiego rarytasu bo nikt tego nigdy nie jadł.

    Stół zastawiony na osiem osób uginał się od jadła i napoi. Był rosół z makaronem, żurek z kiełbasą, schabowy z kapustą, golonka i mnóstwo sałatek. Oczywiście stały butelki z wyborową, dwa „Napoleony” z Peweksu przyniesione przez gości i bułgarski „Ciociosan”.

     Cały pokój tonął w kwiatach, które przynieśli goście, a najwięcej Lerscy. Złośliwy Stefan powiedział: „Szkoda, że nie ma tu krowy bo by najadła się.”

     Atmosfera była wspaniała, sypały się dowcipy, alkohol płynął obficie. Po kilku godzinach Stasia przyniosła z kuchni ogromny tort. Podeszła do Maćka i powiedziała: „Postaw to na stole.” Maciek wstał, wziął paterę do prawej ręki podniósł do góry i powiedział: „Patrzcie jakie cudo.” Potem zachwiał się, lewą ręko starał się złapać równowagę, prawa przechyliła się. Tort zsunął się z patery na kant stołu. ze stołu na kolana i brzuch jego żony okryte piękną suknią, a z kolan na podłogę.

     Stasia kucnęła i przyglądała się kawałom toru na podłodze. Spokojnie powiedziała: „ Nic się nie stało.” Wtedy Maciek powtórzył bełkotliwym głosem:  „Nic się nie stało”. Walerka nie wytrzymała i ryknęła: „Nic się nie stało moczymordo, a moja suknia”???  

 

                                                                  Piaseczno kwiecień 2024 rok

 

           

Humoreska nr 116MADYTACJE JANKA

        

                        MEDYTACJE  JANKA

    Był rok 1952. Janek mieszkał na wsi i chodził do trzeciej klasy. Siedział na małym stołku i na taborecie I mozolnie pisał. Pani nakazała przepisać 5 razy każde słowo w którym był błąd. Szybko policzył – 7 błędów, więc 7 razy 5 to 35, dużo roboty. Uwielbiał matematykę. Tu jest wszystko proste. 4 to 4, 8 to 8, a 7 razy 9 to zawsze 63. A w tym polskim nawymyślali: u i ó, ż i rz, e i ę, po co to wszystko, komu to potrzebne?

    Przy stole siedział Tata i Staniek, rozmawiali i palili papierosy. W pewnej chwili Tata zapytał: - A jak twój Franek? Janek wiedział, że Franek chodzi do szkoły w mieście. Staniek powiedział: - Mądre to, śkolone to, a tuman że aż strach.

   Jak to może być myślał Janek: mądry i tuman? U niego w klasie był Marek, ale wszyscy na niego wołali Grucha. Był wielki i silny. W każdej klasie siedział po dwa lata. Pani powiedziała raz, że jest największym głąbem w szkole.

   We wsi najsilniejszy i największy jest Józef Kosin, stary kawaler bo żadna panna nie chce go. Wanda od Kocielów, do której podwalał się powiedziała: - Wyrósł jak brzoza, a głupi jak koza. Czy jak ktoś jest silny to musi być głupi? Zastanawiał się Janek.

    Tyle  rzeczy jest niezrozumiałych choć by te mycie. Mama ciągle każe mi się myć. W sobotę wsadza mnie do balii i szoruje. Przecież każdy wie, że krowa się nie myje i żyje. Kury też się nie myją, a nawet uciekają pod dach jak pada i co?

    W niedziele wszyscy idziemy do kościoła. Dwa kilometry. W lecie boso, dopiero pod kościołem zakładamy buty. W kościele jest nudno. Czasem podoba mi się jak grają organy. Co chwila trzeba klękać albo stać lub siedzieć jak kto ma na czym. Marek od wuja Władka powiedział mi, że to po to aby ludzie nie posnęli. On ma 15 lat i nieraz mi coś tłumaczy.

    Ksiądz gada po łacinie i nikt nic z tego nie rozumnie. Dopiero kazanie jest zrozumiałe. Ostatnio krzyczał, że trzeba się modlić o zdrowie. Ja myślałem, że zanim zmarła na suchoty, na jesieni, piękna Kasia od Kordalskich to pół wsi modliło się o jej zdrowie, a Kordalscy dali pieniądze na msze i nic nie pomogło.

    We wtorek był pogrzeb starego Rochny. Jak wyprowadzali go ze wsi to na przemian śpiewał ksiądz z organistą – po łacinie. Nie wiedziałem o czym. Marek od wuja Władka powiedział, że jeden śpiewał: - Umarł bogaty! – a drugi odpowiadał: - Aby jutro też był taki!

     Nic z tego nie rozumnie. To oni modlą się o to żeby codziennie ktoś umierał i w dodatku bogaty?

 

 

 

sobota, 16 marca 2024

humoreska nr115 KLUCZ

       

                           K L U C Z

   15-go sierpnia 1957 roku, Marek Dąbrowski pojechał rowerem na doroczny odpust w Sarnowie w jego parafii. Przeszedł się wzdłuż straganów ze słodyczami, lodami, zabawkami, dewocjami i innym badziewiem. Na końcu stała buda ze starociami – zainteresowała Marka. Leżała tam jedyna, stara, pożółkła, w płóciennej oprawie i nieczytelnym tytułem – książka. Wziął ją do ręki, otworzył okładkę i przeczytał: Wiersze Adam Mickiewicz. Kupił za grosze.

    Dwa lata wcześniej Marek skończył pięcioletnie technikum rolnicze i gospodarował z rodzicami na 10-cio hektarowym gospodarstwie. Miał też dwie siostry, bliźniaczki o 6 lat młodsze. Wiedza,  umiejętności i chęć do działania sprawiły, że szybko zyskał opinię we wsi, że wszystko potrafi zrobić i naprawić.

    Cnotę stracił gdy starsza od niego o 10 lat wdowa wynajęła go do malowania mieszkania. Igraszki miłosne z doświadczoną kobietą bardzo mu się podobały, ale do czasu gdy ta nie zaczęła mówić o ślubie.

    Jego obiektem marzeń, od zawsze była Zosia od Gawendów, prawie sąsiadka, o rok od niego młodsza. Najpiękniejsza dziewczyna we wsi i okolicy, jedynaczka. Była wyniosła, zarozumiała i pewna siebie. Opowiadano o niej, że jak przyszła do niej swatka Genowefa z zapowiedzią, że przyjdzie do niej z kawalerem to powiedziała, że ona sama sobie wybierze męża takiego jakiego będzie chciała.

    Na zabawach w remizie strażackiej, zgodnie z obyczajem, po jednej stronie stały dziewczyny, a po drugiej kawalerka, tylko matrony siedziały na nielicznych ławach. Kiedy zagrała kapela chłopcy biegli po dziewczyny. Przed Zosią zawsze stało kilku. Ona nie spiesząc się wskazywała palcem szczęśliwca. Kiedyś wskazała Marka. Podczas tańca powiedział jej, że chciałby tańczyć z nią cały wieczór. Opowiedziała stanowczym głosem – Nie! Wściekły poszedł do domu.

     Kiedyś spotkał ją jak wychodził ze sklepu. Powiedział jej, że pięknie wygląda. Tylko wzruszyła ramionami i bez słowa odeszła. Marek, jako praktyczny człowiek, doszedł do wniosku, że aby zdobyć tę szafę pancerną i ją otworzyć trzeba znaleźć odpowiedni klucz. Jaki to klucz, gdzie go zdobyć, dniami i nocami głowił się bez rezultatu.

    Pewnej letniej niedzieli postanowił pojeździć po wsi rowerem. Zauważył, że na ganku przed domem siedzi Zosia z dwiema koleżankami. Wszedł do nich. Zauważył, że na stole leżą książki z wierszami. O panny zajmują się poezją – powiedział. A ty umiesz choć z jeden wiersz? – zapytała go Zosia.

  - Umiem – odpowiedział.

  = To powiedz. Bez wahania zaczął:

     Maryla słodkie wyrazy miłości dzieliła skąpo w rachubie

     Choć kocham mówił jej ktoś po sto razy, nie rzekła i lubię.

     O Mickiewicz, a „Pana Tadeusza” czytałeś?

     Przecież to jest lektura szkolna. Nie tylko czytałem, ale znam wiele fragmentów na pamięć.

   - To powiedz cwaniaku od jakich słów zaczyna się pierwsza księga?

   - Chodzi Ci Zosiu o inwokację?

   - Zawahała się. Pomyślał, że nie zna tego określenia. Po chwili powiedziała: tak, tak. Zaczął deklamować:

                   Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

                   Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

                   Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

                   Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

     - Siedziała nie pewna. Kiedy ja czytam ten trzynasto zgłoskowiec, mówił Marek, to wydaje mi się, że oprócz rymu i rytmu słyszę jak słowa śpiewają, posłuchaj:

                  Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło

                  Miej silniej niż we dnie świeciło,

                  Całe zaczerwienione jak zdrowe

                  Oblicze gospodarze…  

 - Wiesz Marku to bardzo ciekawe, muszę wsłuchać się w te słowa. On był rad bo pierwszy raz wymieniła jego imię.

     - Siedzieli jeszcze długo i rozmawiali o poezji. Okazało się, że Marek zna nie tylko wszystkie wiersze Mickiewicza, ale też poezję i prozę bardzo wielu poetów i pisarzy. Rozmowa była ciekawa. Zbliżał się wieczór.

   - W pewnym momencie Zosia wstała i powiedziała: - Choć ze mną. Zaprowadziła go do kuchni i od progu oświadczyła: - Marek zje z mami kolację.

Matka ze zdziwienia otworzyła szeroko oczy, a Ojciec pokiwał głową, bo tego u nich jeszcze nie było. Jedli chleb z masłem i kiełbasą, wszystko własnej produkcji. Pod koniec kolacji Gawęda powiedział: - Matka daj butelkę. Zosia postawiła na stole duże kieliszki. To jest wino z czarnego bzu, robione według recepty mojej babci. Pomaga na wszystkie choroby. Marek pomyślał – mnie z miłości do Zosi nie uleczy. Kiedy zbierał się do wyjścia, gospodarz powiedział: - Marku, rozsypał mi się komin, może mi go naprawisz, cegłę i żwir mam? Dobrze, przyjdę w czwartek przed wieczorem i przyniosę wapno.

    W dwie godziny robota była skończona. Przy kolacji gospodarz chciał płacić Markowi. Odmówił, to taka pomoc sąsiedzka. Wydawało mu się, że Zosia patrzy na niego jakoś tak ciepło. Zaproponował jej spacer w niedzielę. Chętnie zgodziła się.

     Odtąd każdej niedzieli spacerowali po okolicy. Marek miał ogromną chęć oświadczyć się, ale bał się że ją spłoszy. Na czwartym spacerze Zosia przytuliła się do niego i powiedziała: - Zostaniesz moim mężem?

O niczym innym nie mażę. Całowali się i ściskali.

     Spotkały się ich rodziny. Ustalili, że wesele odbędzie się pod koniec października, po skończeniu prac polowych. Było huczne – dla całej wsi. Nad ranem poszli do sypialni, którą przygotowała Zosia. Miała to być ich pierwsza wspólna noc. Zosia położyła się pierwsza i natychmiast wyskoczyła jak oparzona. Zaczęła grzebać w łożu. Co to jest powiedziała trzymając w ręce starą książkę?

   Marek spokojnie odpowiedział: - To jest klucz do twojego serca. Otworzyła okładkę i przeczytała: Adam Mickiewicz, Wiersze. Wpadli sobie w ramiona i byli bardzo szczęśliwi.

                                                                         Piaseczno 15.02.2024  

 

 

 

 

.                 

środa, 5 lipca 2023

Humoreska nr 114 WESELE RETRO

  

                      W E S E L E    R E T R O

   Zaczęło się od tego jak Franek jechał orać, a drogę przeszła mu piękna panna Marysia od Gesków z pełnymi wiadrami wody. Taka okoliczność wróżyła szczęście i Franek w to świcie wierzył. Pomyślał, że nareszcie i do niego szczęście zawita. Był starym kawalerem, miał duże gospodarstwo na którym pracował z matką i parobkiem. Był nadzwyczaj pobożny i przesądny nawet jak na panujące stosunki w  lata trzydziestych na mazowieckiej wsi. Nie pił, nie palił, nie miał kolegów to też był obiektem żartów i kpin. Żadna panna nie chciał za niego wyjść. Obiecywał swatce Genowefie duża nagrodę za znalezienie mu żony. Ale i ona była bezradna, do czasu.

    Na skraju wsi zatrzymał się wóz cygański. Cyganichy rozeszły się po wsi. Jedna trafiła do Genowefy z ofertą powróżenia. Ta postanowiła wykorzystać okazję. Powiedziała jej, że jak pójdzie do Franka i powie mu, że w sąsiedniej wsi piękna i bogata panna marzy o nim, a gdzie jej szukać wie tylko swatka, to dostanie od niej kurę.

     Franek początkowo chciał wypędzić cygankę, ale jak powiedziała mu jak ma na imię i że czeka go wielkie szczęście w małżeństwie to zmienił zdanie. Zapytał gdzie ma szukać tego szczęścia, bo skojarzył to z dziewczyną z wiadrami wody. Cyganka powiedziała, że oczywiście wie gdzie tego szczęścia ma szukać, ale to kosztuje 2 złote. Chciwy Franek zawahał się, ale ciekawość wzięła górę. Gdy obejrzało monetę ze wszystkich stron, powiedziała – idź do swatki. Poleciał zaraz.

    Genowefa udała zdziwioną, ale powiedziała mu, że jest taka piękna i bogata panna w sąsiedniej wsi, która go zna i jest gotowa wyjść za niego. Franek tryskał szczęściem, chciał wiedzieć zaraz wszystko. Swatka powiedziała mu, że palcem nie kiwnie dokąd Franek nie da jej stukilogramowego wieprza, a gdyby małżeństwo nie doszło do skutku to mu go zwróci. Zgodził się. Ustalili, że w najbliższą sobotę pojadą w rajby.  

    Genowefa ustaliła z rodziną ewentualnej panny młodej wizytę. Panna miała na imię Kasia, skończyła 29 lat, była nieurodziwa i nosiła okulary co w tych czasach na wsi było rzadkością. Jej dwie młodsze siostry dawno wyszły za mąż i już miały dzieci.

     Kiedy Franek zobaczył Kasię nie był nią zachwycony, ale spodobał mu się jej obfity biust, a o takim marzył całe życie. Zapytał tylko czy chodzi co niedziela do kościoła. W sprawie posagu dogadali się bardzo szybko, bo rodzina Kasi była jedną z najbogatszych w okolicy.

     Ustalili termin wesela, oczywiście po trzech niedzielnych kościelnych zapowiedziach. Od tego czasu Franek był częstym gościem u Kasi, a że niemiał dotąd żadnej kobiety i był nieśmiały to do wesela nawet jej nie przytulił. Ona zdawała sobie sprawę, że wychodzi za dziwaka ale jednak uczciwego człowieka i lepszy taki niż żaden. Wesele było huczne.

     Franek zadecydował, że pierwszą noc z sobą spędzą dopiero po weselu, a Kasia, że w jej domu. Wieczorem Franek zarządził wspólny pacierz na klęczkach, Kasie to rozbawiło, ale co miała robić przynajmniej na razie. Wypędziła go do łazienki i poinstruowała jak korzystać z kranów bo on takie cuda widział po raz pierwszy.

     Po kąpieli ubrał flanelową koszulę po kostki, położył się do łózka i czekał. Przyszła Kasia. Zdjęła okulary, potem perukę i biustonosz  razem z piersiami. Kiedy zobaczył ją łysą i płaską miał ochotę zawołać: - Boże spraw aby przyrodzenie miała swoje.  

niedziela, 18 grudnia 2022

Humoreska nr 113 KLESZCZE

   

             


        
     K L E S Z C Z E

     Młoda lekarka ze swoim mężem inżynierem, w pierwszych latach sześćdziesiątych, dostali pracę i mieszkanko w mieście powiatowym na północy kraju. Ona przywiozła swój dobytek w niewielkiej tekturowej walizce, a on w brezentowej torbie. Tapczan kupili na raty. Jeden garnek, dwa talerze i dwie szklanki stanowiły wyposażenie ich kuchni. Sztućce dostali w prezencie ślubnym. Takim sposobem byli gotowi do sprowadzenia, swojego skarbu, - dziewięciomiesięcznej córki, którą do tej pory zajmowała się rodzina inżyniera.

    W tym czasie przybywali do miast młodzi ludzie po studiach, odnajdywali się nawzajem i tworzyli grupy towarzyskie. Miasta powiatowe otrzymywały centrale telefoniczne, więc młoda inteligencja mogła dzwonić do siebie. Na porządku dziennym były np.: takie telefony: -„ Wpadnijcie do nas wieczorem, mamy kawę, tylko zabierzcie z sobą szklanki, bo mamy tylko dwie.” Nikomu z tych młodych ludzi nie przychodziło narzekać na warunki bytowe bo było to pokolenie które przeżyło biedę i poniewierką wojenną.

     Sąsiadka, żona kolejarza, namówiła naszą bohaterkę na wyprawę do lasu na jagody. Wróciła szczęśliwa z mnóstwem jagód. Szczęście trwało krótko. Poczuła swędzenie na nogach. Zobaczyła wiele robaków, które nie dawały się strzepać. Pobiegła do sąsiadki. Ta wytłumaczyła jej, że to są kleszcze i jak je usunąć. Poradziła na przyszłość jeździć do lasu w spodniach.

     Poczytali o kleszczach w encyklopedii i w książkach medycznych. Dowiedzieli się, że 30% kleszczy ma groźną bakterię boreliozy,  jak ich unikać,  jak je wyjmować, gdy się już przyczepią.

     Minęło dwadzieścia parę lat Nasi bohaterowie przenieśli się do miasta wojewódzkiego. Mieli piękne mieszkanie i samochód. Młoda lekarka stała się wielką panią doktor o najwyższych kwalifikacjach. Młody inżynierek zrobił doktorat i stał się nauczycielem akademickim.

Jego hobby to było łowienie ryb i zbieranie grzybów. Czasem przynosił na sobie kleszcze. Nie robił z tego problemu.

    Żelazne zdrowie inżyniera zaczęło szwankować. Pojawiała się gorączka, bóle głowy, nieuzasadnione zmęczenie. Żona nakazała mu zrobić różne badania. Okazało się, że ma boreliozę. Zapanowała panika w rodzinie.

     Pani doktor zwołała najtęższe głowy medyczne w szpitalu wojewódzkim na konsylium w sprawie boreliozy. Po burzliwej dyskusji ustalono jaki antybiotyk ma brać inżynier przez miesiąc. Brał i męczył się bo miał ustawiczną biegunkę i to taką jak mówił przyjacielowi – „Poza linię horyzontu”.  Objawy choroby powoli ustępowały. Badania potwierdziły zanik bakterii. 

    Po latach, kiedy inżynier opowiadał o swojej przygodzie z kleszczami, zawsze podkreślał, że kuracja nie byłaby tak przykra gdyby nie fakt, że przez miesiąc przestrzeń między nim a sedesem nie mogła być większa niż 50 metrów.

 

                                                         Piaseczno.  4 grudzień 2022r.


środa, 21 września 2022

Humoreska nr 112

    

                                   

            WYCIECZKA  Z  PGR-u  DO TEATRU

       Waldek z żoną mieszkał, na obrzeżach Piaseczna, w jednym domu z teściami oraz ze szwagrem,  jego żoną i trójką dzieci. Ta rodzina miała 6 ha ziemi i trzy namioty. Powodziło im się dobrze. Takich wówczas nazywano „badylarzami”. Waldek nie miał żadnego wykształcenia więc pracował w firmie remontowo-budowlanej. Za jego plecami rodzina nazywała go robolem i traktowała z pogardą. Często dochodziło do awantur.

     Pewnego razu, podczas kłótni, szwagier uderzył Waldka w twarz. Ten chwycił pogrzebacz i tak walnął szwagra w głowę, że ten stracił przytomność i wypłynęło mu oko. Potem była milicja, areszt i sąd. Cała rodzina, łącznie z żoną świadczyli przeciw niemu. Wyrok – 3 lata więzienia.

     Karę odbywał w Barczewie nieopodal Olsztyna. Żona zażądała rozwodu. Zgodził się. Jego rodzice już nie żyli. Mieszkanie po nich zajmowała siostra z mężem i dziećmi. Czuł się zagubiony i nie wiedział co z sobą zrobić. Poradzono mu żeby szczęścia szukał w PGR-. Po wyjściu z więzienia wsiadł do pociągu i jechał w kierunku Kętrzyna. Po drodze pytał podróżnych o dobry PGR. Poradzili mu gdzie ma wysiąść.

    W PGR przyjęli go chętnie. Dostał też okropnie zaniedbaną kawalerkę. Od razu wziął się za robotę i za zapomogę fachową ją  odnowił. Przez pierwszy rok pracował w polu na niskich stawkach godzinowych. Potem skończył kurs traktorzysty i jego prestiż oraz zarobki wzrosły.

    Pracownikom tej instytucji żyło się całkiem dobrze. Mieszkania mieli za darmo. Płacili tylko za ogrzewanie i prąd. Każdy kto chciał dostawał 5 arów ogródka przy domu i ćwierć hektara ziemi pod kartofle. Mogli hodować drób a nawet prosiaka. Na miejscu było przedszkole i świetlica z biblioteką.

Mleko i inne produkty spożywcze kupowali za pół ceny.

     Waldek szybko zasłynął jako „złota rączka” bo potrafił naprawić kran, położyć kafelki czy wymalować mieszkanie. Miał też słabość – często popijał. Do jego przytulnej kawalerki chętnie przychodzili inni spragnieni wody ognistej. Oczywiście miał kilku przyjaciół, a najlepszym był  Antoś też samotny. Waldek starał się żeby z wszystkimi żyć w zgodzie. Cieszył się gdy czół  że ludzie go szanują.

    Dyrektor gospodarstwa dbał także o rozwój kulturalny swojej załogi. Były dożynki, festyny, akademie i zabawy. Raz do roku organizowano kilku dniową wycieczkę. Po zakończonych pracach polowych, w grudniu 1976 rok zorganizowano trzydniową wycieczkę  autokarem do Warszawy. W planie wycieczki było zwiedzanie Muzeum Narodowego, ZOO, Stare Miasto, Pałac Kultury, pobyt w PDT,  oraz teatr.

    Drugiego dnia, wieczorem, autokar zawiózł wycieczkowiczów do Teatru Narodowego na sztukę Jana Kochanowskiego pt. „Odprawa posłów greckich”. Na miejscu okazało się, że do rozpoczęcia spektaklu jest jeszcze 40 minut. Waldek ze swoim przyjacielem Antosiem doszli do wniosku, że przed tym przestawieniem nie zaszkodzi wypić po kieliszku. Poszli do pobliskiej restauracji. Tych kieliszków było sporo. Kiedy wrócili do teatru przedstawienie już dłuższy czas trwało. Bileterka nie chciała ich wpuścić. Przekupili ją. Powiedziała, że wprowadzi ich bocznym wejściem. Uchyliła drzwi i    pokazała gdzie mają cichutko wejść i usiąść.

    Weszli. W tym czasie Gustaw Holoubek głośno wygłosił swoją kwestię – „Skąd przybywacie zacni mężowie?” Waldek bez chwili wahania, równie głośno odpowiedział: -„ Z pegeeru Boćki proszę pana.”

    Sala ryknęła śmiechem. Śmiali się też na scenie i w garderobach. Spektakl został wznowiony dopiero po 10 minutach.

                                                                         

                                                                           Piaseczno 18.09.2022r.

                                                 

niedziela, 31 lipca 2022

Humoreska nr. 111

  

              


         

                         KRÓL KTÓRY LUBIŁ ZIELONE

                                           

      Dawno, dawno temu panował w Polsce Król Kazimierz. Jego największą troską było dobro ludu. Wiedział dobrze, że magnateria i szlachta zawsze sobie poradzi. Dbał zatem aby chłopom nie działa się krzywda, a sądy były sprawiedliwe. Co roku, w maju, Król wyruszał na 3 tygodnie w objazd po swoich włościach aby naocznie zobaczyć jak rozwija się kraj i jak żyją ludzie. Po takiej podróży wydawał różne edykty i zarządzenia. Lud kochał swego Króla.

     Podróżował wspaniałą karetą. Za nim jechała na kilku pojazdach służba i  zaopatrzenie oraz drużyna rycerzy. Zatrzymywał się w szlacheckich dworkach lub w magnackich pałacach.

     Namiętnością Króla Kazimierza była przyroda. Kochał las, pola i łąki. Każda pora roku Go cieszyła, ale najbardziej lubił wiosnę z jej cudowną zielenią. Ten kolor fascynował Go. Jego tron tam gdzie nie był złoty, był zielony. Większość jego szat była zielona, sypialnia także w zielonej komnacie.

     Pewnego dnia zajechał do pałacu Branickich. Nie zaskoczył gospodarza, miał magnat swój wywiad. Przyjęcie było wspaniałe. Witała Króla cała rodzina gospodarza, wraz z jego prywatną armią i orkiestrą.  Stoły uginały się od jadła i napitków.

     Następnego dnia, nikogo nie uprzedzając, Król wstał o świcie i wyszedł na folwark. Pierwszym człowiekiem jakiego spotkał był oborowy. Zatrzymał go. Zapytał czy wie z kim rozmawia? Tamten zdjął czapkę, pokłonił się i powiedział: -  „Rozmawiam z naszym ukochanym Królem Kazimierzem.”

    Król długo wpatrywał się w tego chłopa i coraz bardziej się dziwił. Ten człowiek był idealnie podobny do niego. We wzroście, w ruchach, nawet głos miał podobny. Przez mement pomyślał, że to jeszcze działają trunki z kolacji. Ale nie, przednim stało jego odbicie.

      Powiedz mi jak masz na imię? – Jan, Miłościwy Królu, ale wołają na mnie Zielony, bo mój świętej pamięci ojciec uwielbiał wszystko co zielone.

      Powiedz mi Janie czy twoja matka nie pracowała na Królewskim Dworze?

      Matka nigdy nie była we Dworze, ale mojego Ojca wysłał na służbę Pan Hrabia Branicki. Tam przepracował trzy lata. Jak opowiadał był ulubionym sługą Jej Wysokości Królowej. Był przy Niej o każdej porze i w dzień i w nocy.

       Król Kazimierz stał osłupiały. Myślał: - Mam przed sobą brata i co ja mam teraz zrobić z sobą i z nim? On nie wgląda na durnia, też pewno domyślił się czego jego ojciec dokonał. Co robić? Co robić? A moja Matka, do śmierci żałowała, że ma tylko mnie, pewnie nie było drugiej okazji z zielonym.

 

                                                                       Piaseczno 23.07.2022r.