Dowcipy

piątek, 25 marca 2016

HUMORESKA nr 48. AMANT

                                            Happy businessman isolated - handsome man standing with crossed arms
          Andrzejek, jedynak, był wysoki, przystojny, bogaty, pięknie tańczył i opanował, do perfekcji, mówienie każdej kobiecie tego co chciała usłyszeć. Nic więc dziwnego, że dziewczyny lgnęły do niego jak muchy do miodu. Gdy studiował na Politechnice Warszawskiej, a studiował 7 lat bo nie miał wiele czasu na naukę, przepuścił przez swoją garsonierę niezliczoną ilość panien i mężatek. Jego łupem padały głównie studentki medycyny. Do swoich kumpli mawiał, że miłość istnieje tylko dla głupców. On się nigdy nie zakocha.
          Prawdziwą satysfakcję sprawiało mu uwodzenie mężatek. Nie musiał się wówczas przejmować ciążą. A gdy taki mąż rogacz płacił za skrobankę, a tak bywało, Andrzejek był w "siódmym niebie".
         Wszystko ma swój koniec, więc musiał wrócić, teraz już inżynier Andrzej, do rodzinnej Warki i zająć się pracą w rodzinnej firmie produkującej zespoły samochodowe.  Matka nalegała by nareszcie się ustatkował, bo chcę niańczyć wnuki. On się wykręcał rożnymi wymyślonymi trudnościami i jak mawiał "polował na zwierzynę".
       Tak minęło kilka lat aż trafił na Magdalenę, prawdziwą damę. Miała niewielką firmę i dostarczała im podzespoły elektryczne. Od pierwszego wejrzenia "wpadła mu w oko". Postanowił, że musi ją mieć. Wypróbował na Niej wszystkie swoje sztuczki i nie posunął się ani o centymetr. Był wściekły na Nią, nie mógł przestać o Niej myśleć. Przyszło mu do głowy, że chyba się zakochał. Ocenił to jako swoją katastrofę.
         Wiedział, że była rozwódką i że wszędzie jeździ ze swoim księgowym, starym kawalerem, wyjątkowo antypatycznym typem. Podejrzewał, że może być Jej kochankiem. Rozważał wszystkie możliwości. Nie było wyjścia. Oświadczył się.
         Oświadczyny zostały przyjęte. Magdalenka złagodniała. Okazało się, że może być bardzo przyjemna. Wesele było huczne. Andrzejek szczęśliwy. Mama Andrzeja nie posiadała się z radości, gdy okazało się, po czterech miesiącach po ślubie, że Madzia jest w ciąży. Gdy lekarze orzekli, że to będzie syn - Andrzej promieniował.
            Minęły trzy lata. Temperatura uczuć, jak to zwykle bywa, opadła. Pracowali. dorabiali się coraz bardziej i bardziej. Andrzejek zauważył, że Magdalena co raz częściej wyjeżdża służbowo ze swoim antypatycznym księgowym. Zaczęły go nachodzić niepokojące myśli: - Czyżbym ja był rogaczem? Ja rogacz? Ja rogacz? To niemożliwe. A jednak...




            
        



poniedziałek, 21 marca 2016

HUMORESKA nr 47. WIELKANOCNE MAŁŻEŃSTWO

                                   Wesele, Para, Suknia Ślubna, Włoski                                  
            Dawno temu, w Warmińskiej wsi Gruszka, babcia Monika ze swoimi wnuczkami, ośmioletnią Zosią i o dwa lata starszą Kasię, malowały pisanki. Był Wielki Piątek i huk przygotowań do Świąt. To malowanie polegało na tym, że maczały patyczki w rozgrzanym wosku i nanosiły na ugotowane i wystudzone jajka. Tak malowały szlaczki, kwiatki i zwierzątka. To zajęcie bardzo podobało się dziewczynkom, tym bardziej, że Babcia potrafiła opowiadać ciekawe historie.
        Czy Wy wiecie, że waszych rodziców, po ich ślubie, nazywali we wsi -"wielkanocnym małżeństwem"? - zapytała Babcia.     
            Nie Babciu - opowiedz jak to było i dla czego?
          To posłuchajcie. Dlatego, że ożenili się w Wielkanoc, a rok wcześniej w Lany Poniedziałek wasz Mama wykąpała waszego Tatę w naszej Błękitnej rzeczce.
          Dziewczynki oczywiście wiedziały, że Błękitna ma swoje źródła w leśnej kotlinie w odległości 12km od wsi. Ma krystaliczną wodę, z półtora metra szerokości, piaszczyste dno i wody po kolana. Meandrowała po całej rozległej wsi. Był nad nią wybudowany jeden most i kilka  kładek. Przy Babci zagrodzie też była drewniana kładka szeroka na 80 cm z jedną poręczą.
         - Babciu powiedz nam jak to nasza Mama wykąpała Tatę?
         - Miałam Janka, waszego wujka i o 4 lata młodszą Basię, waszą Mamę jak dobrze wiecie. Janek od dziecka przyjaźnił się z Witkiem od Dąbrowskich. Kiedy już dorastali to Basia podkochiwała się w tym Witku. Oczywiście nikt o tym nie wiedział, ani się tego domyślał. On nazywał Basię smarkatą i często jej dokuczał, a ona się wściekała.
          Jak wiecie na wsi jest taki zwyczaj, że w Lany Poniedziałek - dzieci, młodzież, a czasem  i dorośli, polewają się wodą. Przy tym są różne żarty, figle i psoty, a przede wszystkim dużo śmiech z tych najbardziej oblanych. W taki Poniedziałek, jeszcze przed południem, przyszedł Witek do Janka, wypili po kieliszku i naradzali się gdzie i którą pannę mają oblać. Do izby gdzie siedzieli wpadła Basia z kubkiem wody i oblała Witka od góry do dołu.
         Ja Ci pokaże smarkata, wrzasnął i dopadł wiadro z wodą stojące przy drzwiach. Basia oczywiście wybiegła z domu i uciekała, niezbyt szybko, a Witek za nią z wiadrem. Przebiegła jak sarna przez kładkę, a jej prześladowca, goniąc ją zahaczył nogą o prawie niewidoczny, przezroczysty sznurek,  który wcześnie założyła tam Basia i głową na dół wpadł do rzeczki. Kiedy gramolił się z kąpieli, cały mokry, potłuczony i wściekły przysięgał sobie, że utopi tę gówniarę.
            Gdy nieco ochłonął, zobaczył, że zebrało się sporo sąsiadów i wszyscy się z niego śmieją. Stała też kilka metrów od niego Basia, trzymała się za brzuch i śmiała bardzo głośno. Jaszcze raz popatrzył na Basię, złość mu minęła bo dostrzegł piękną siedemnastoletnią kobietę.  



   




 



niedziela, 6 marca 2016

Humoreska nr 46. DETEKTYW

                                                                      Znalezione obrazy dla zapytania detektyw
          Zaczęło się od tego, że Tereska zauważyła wyraźny spadek zainteresowania figlami małżeńskimi u swojego Frania. Małżeństwem byli od 18-stu lat. Mieli dwie córki bliźniaczki i ładny dom, a przy nim spory zakład rzemieślniczy. Zatrudniali 12 osób. Ona zajmowała się papierami, a on produkcją.
            Teresa urodziła się w Ząbkach pod Warszawą. W dzieciństwie ciągle chorowała, była uczulona na sierść zwierząt. Uraz do psów i kotów pozostał jej na zawsze. Franek był synem chłopa z Mazowsza. Kochał pola, lasy i zwierzęta. Ogólnie rzecz biorąc byli dobrym małżeństwem. Aż tu, niewiadomą skąd taki brak zainteresowania igraszkami.
               Nie dawało to spokoju Teresie. Miała wgląd w ich konto i mogła śledzić płatności męża kartą. Jego zajęcie polegało m. in. na ciągłych wyjazdach i nie sposób było go  zawsze kontrolować. Od pewnego czasu, wydawało się jej, że pewne jego wydatki, choć nie wielkie, są jednak podejrzane. Doszła do wniosku, ani chybi, musi mieć jakąś babę. Co tu robić?
               Pogrzebała w internecie i znalazła detektywa. Umówiła się z nim na spotkanie. Przedstawiła mu swój problem. Powiedział jej, że to dla niego sprawa banalna. Może podjąć się śledzenia, ale to będzie kosztowało 10000zł za dwa tygodnie. Była zszokowana. Jednak doszła do wniosku, że małżeństwo jest ważniejsze jak pieniądze i przelała mu na konto tyle ile chciał.
             Dokładnie po dwóch tygodniach, pan detektyw zjawił się u Teresy upewniwszy się przedtem, że będzie sama. Oczekiwała go z bijącym sercem. Tak przedstawił wyniki swoich dociekań: - Jest kobieta, mieszka na przedmieściu na ulicy Ogrodowej 6. Mąż jeździ do niej dwa razy w tygodniu i spędza u niej około godziny. Zawozi duże torby z zakupami. Ona nazywa się Wanda Gross i ma 7 kotów, a ponadto karmi wszystkie koty z okolicy. Pani mąż zawozi karmę dla tych zwierząt. Karmi je i się z nimi bawi. Pani Wanda ma78 lat i ma męża jeszcze starszego.
             Teresa odetchnęła z ulgą. Uśmiech zagościł na jej twarzy po raz pierwszy od wielu tygodni.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Humoreska nr 45. PRZSIĘGA

                                                            Znalezione obrazy dla zapytania krucyfiks

           Kasia i Janek Kowalscy pobrali się z wielkiej miłości. Oboje pracowali w Stoczni Gdańskiej. Ona, po maturze, jako urzędniczka. On, po technikum spawalniczym, szybko zyskał miano najlepszego spawacza w zakładzie. Koledzy Jasia czasem żartowali, że jak by trzeba było, to Jaś przyspawałby kota do drewnianych drzwi. Zarabiał bardzo dobrze. Po pracy robił różne fuchy w za zaprzyjaźnionych warsztatach. Nieraz pracował po 16 godz. na dobę.
        Na rezultaty takiej pracy nie trzeba było długo czekać. Po 2,5 roku, wyprowadzili się od rodziców Kasi do własnego mieszkania. Przy zakupie pomogli im obojga rodzice. 
        W niespełna trzy lata, po wprowadzeniu się do własnego mieszkania,  Kasia urodziła troje dzieci. Najpierw Kubę i Maćka, a potem wymarzoną córunię Dorotkę. Dokąd było dwoje dzieci, Kasia pracowała w Stoczni korzystając z pomocy swojej Matki. Przy trójce drobiazgu to już było niemożliwe. Zostali przy jednej pensji. 
          Jaś zawsze lubił wypić. W miarę upływu lat, zdarzało mu się, coraz częściej, wracać do domu ululany. Były wtedy awantury. A właściwie awanturowała się tylko Kasia. Jaś z natury spokojny i pogodny, po pijanemu był zawsze grzeczniutki i uśmiechnięty.
           Pewnego dnia wrócił zupełnie pijany. Kiedy Kasia go zobaczyła wstąpił w nią  czort.
          Ty pijusie, zaczęła, Ty moczymordą, znów się zachlałeś. Ciekawe ile przepiłeś. Ja oszczędzam każdy grosz, dzieciom nie mam za co kupić jeść, a On balangi wyczynia. To się musi skończyć, powiedziała, jednocześnie grożąc nu palcem przy nosie.
           Jaś stał spokojnie, uśmiechał się i  tylko co chwila podrywała Go pijacka  czkawka. Mamrotał coś pod nosem.
           Coś Ty powiedział? Zawołała Kasia, że już nigdy więcej, że przysięgasz?
        Kiwnął głową i uśmiechnął się do Kasi. Pobiegła do szafy, wyciągnęła Krucyfiks, ślubny prezent od Babci, postawiła go na stole i zarządziła: Klękaj, połóż rękę na Krzyżu i powtarzaj za mną. Bez słowa Jan padł na kolana.
          - Przysięgam przed Bogiem Wszechmogącym.
          - Przysięgam przed Bogiem Wszechmogącym eep...
          - I Maryją zawsze Dziewicą.
          - I Maryją zawsze Dziewicą  eep...
          - Na zdrowie naszych dzieci.
          - Na zdrowie naszych dzieci eep...
          - Że już więcej pił nie będę.
          - Że już więcej pił nie będę eep... ale mniej też nie eep...







      

piątek, 12 lutego 2016

Humoreska nr 44. LIST

                                                               
            Hanka, nauczycielka na emeryturze, wdowa od trzech lat, źle znosiła samotne, listopadowe wieczory. Dwa tygodnie temu pochowała swoją jedyną siostrę Dorotkę. Mieszkały w Mławie, prawie po sąsiedzku. Razem chodziły do kina, miały wspólnych znajomych i przyjaciół. Teraz poczuła pustkę wokół siebie. Jej córka mieszkała w USA, a syn w Hiszpanii. Dzwonili często, ale czy można ich uściskać przez telefon? A wnuki? Bardzo tęskniła za nimi.
                Dziś z rana wpadł do niej Marek, syn Dorotki i zostawił jej starą płócienna torbę. Powiedział, że przygotowuję mieszkanie po Matce do sprzedania i tę torbę znalazł w szafie. Wie, że Mama przechowywała w niej pamiątki po swoich rodzicach. Wychodząc powiedział: - Kiedyś Ciocia mi ją odda.
             Zjadła kolację i zaczęła badać zawartość torby. Najpierw znalazła świadectwa szkolne swoje i Dorotki, potem gruby zeszyt zapisany przez Mamę o tym co się działo w ich gospodarstwie i na wsi w latach powojennych. Były też dyplomy, kwity podatkowe, listy od krewnych i wycinki z gazet. Na dnie spoczywał gruby album ze zdjęciami. Długo nad nim siedziała. Zdjęcia przywoływały w pamięci różne sytuacje i zdarzenia z jej życia. Na końcu albumu był list, którego nigdy nie widziała. Zaciekawił ją bo był pożółkły i pisany ołówkiem. Ten list pisał Ojciec i wyglądał tak:
                                    Najukochańsza Zosieńko                23.11. 1944rok.
                Jestem w Prusach Wschodnich, blisko miasta Rastembork. Od świty do nocy
           kopiemy okopy przeciwczołgowe. Kto ociąga się w pracy zaraz jest bity pałą przez
           wachmana. Ja też raz dostałem bo się zagapiłem. Bolą mnie plecy do dziś. Do 
           jedzenia dostajemy kartofle i kaszę. Śpimy w murowanej stodole na sianie. Jest 
           nas tu 60 chłopa. Teraz zdaję sobie sprawę jaka to była przyjemność spać z Tobą 
           pod ciepłą pierzyną. Myślę, że gdybym nie wrócił to nasza Dorotka by mnie pamię-
           ta bo ma przecież 5 lat, ale roczna Haneczka to już nie.
                Dziś jest 10 dzień mojego tu pobytu. Jest niedziela. Pracowaliśmy tylko 5 godzin.
           Na obiad była zupa z kawałeczkami mięsa. Mówią chłopaki, że to konina. Dostaliśmy
           papier i kilka ołówków do napisania listów. Muszę kończyć bo inni czekają na ołówek.
           Najserdeczniej Cię pozdrawiam, ściskam i całuję. Ucałuj moje kochane córunie.
                                                                                     Zawsze kochający Stefan.
          P.S. Tu krąży taki wierszyk, pocieszamy się, że wróży rychły koniec tej udręki i strachu:
                 Berlin się pali, Hamburg się pali, Hitler z Goringem w portki nasrali.


 
                 
                
 

czwartek, 11 lutego 2016

Humoreska nr 43. CUDÓW NIEMA

                                                        Znalezione obrazy dla zapytania ksiądz na ambonie                                       

       Kiedy 32 lata temu, przejęli gospodarstwo po rodzicach, Irena i Adam, składało się ono z: 9ha, 2-ch koni, 5 krów, 2 świni i kilku owiec. Były też kury, kaczki i gęsi. Dom wymagał napraw, obora i stodoła były kryte strzechą.
       Przez te wszystkie lata pracowali od świtu do nocy, bez wytchnienia. Praca przyniosła rezultaty. Dziś są właścicielami gospodarstwa o powierzchni 55 hektarów. Hodują tylko bydło. W ogromnej oborze,  w pełni zautomatyzowanej, mają 60 szt. dojnych krów i ok. 40-stu: cieląt, jałówek, byczków i byków. Wszystkie niezbędne maszyny ułatwiające pracę i przygotowanie paszy stoją w garażach. Wybudowali obszerny dom w którym jest wszystko co najlepsze i najnowocześniejsze.
       Od zawsze jeżdżą, w niedziele, do kościoła w sąsiedniej wsi. Jeżdżą, bo jest taka tradycja, bo można pokazać swoje bogactwo: np AUDI 6, bo Irena uwielbia słuchać kazania głoszone przez proboszcza Andrzeja. Te kazania o bezgranicznej miłości Boga, o dziele Jezusa, doprowadzają Irenę, nieraz, do łez.
        Irena uważa, że i jej też należy się wytchnienie. Jak mówi: niech się wali albo pali, ale Ona w niedzielę  w godzinach od 16-stej do 18-stej musi się spotkać ze swoimi przyjaciółkami. Te przyjaciółki to  Marysia i Dorotka równie bogate jak Irenka. Kiedy spotykają się, nikt niema prawa im przeszkadzać ani do nich dołączyć. Piją kawę, jedzą swoje wypieki, degustują nalewki, a przede wszystkim  mogą pogadać o wszystkim.
          Pewnej niedzieli rozmowo miała taki przebieg:
          - Byłaś w kościele, zapytała Dorotkę Marysię?
          - Musiałam bawić wnusię, bo młodzi wyjechali do miasta. Irka powie nam jak było.
          - Chętnie wam powiem. Proboszcz tak pięknie opowiadał o weselu w Kanie Galilejskiej, o tym jak zabrakło wina, jak Jezus zamienił  cudownie wodę na wino. Byłam tak wzruszona, że łzy kapały mi jak grochy. A potem zaczął zupełnie z innej beczki, że dach przecieka na kościele, że remont będzie kosztował bardzo dużo, że emeryci muszą dać po 50, gospodarze po 100, 200 i więcej złotych zależy od majątku. I powiem Wam jeszcze jak zakończył to kazanie:
           - Dach się sam nie naprawi, cudów niema.                                     










czwartek, 17 grudnia 2015

Humoreska nr 42. O KURZE I O TROSkLIWOŚCI

               Głowa Kurczaka, Kurczak, Pet                                                                    

             Starzy ludzie we wsi gadali, że nienawiść między rodzinami Wiśniewskich i Dąbrowskich ciągnie się od wielu pokoleń. Jako sąsiedzi wadzili się o byle głupstwo. Bywało, że jak strażacy organizowali zabawę w remizie, to każdy szukał stronników, a potem były okropne bijatyki. Kończyło się to nie raz szpitalem i jaszcze większą nienawiścią.
             Był początek września, gdy Wiśniewski ze swoim 10-cio letnim synem Stasiem, siali żyto na polu za stodołą. Gdy kończyli pracę wyjechał z siewnikiem Dąbrowski. Tuż za miedzą. Już mieli jechać na podwórko gdy Staś zawołał: - O Tato kura, to ich kura. 
           Rzeczywiście kura wydziobywała świeżo zasiane ziarno na polu Wiśniewskich. Krew zalała Wiśniewskiego bo sąsiad udawał, że nic nie widzi. Wydarł się więc na pół wsi:
               - Zabierz tę cholerną kurę, bo nie ręczę za siebie!
               - Złap ją sam, a przy okazji zmacaj, może ma jajko. Powiedział Dąbrowski, śmiejąc się przy tym, na cały głos, ze swojego dowcipu.
               Wiśniewski rozejrzał się dokoła i zobaczył stojącą pod stodołą kłonicę. Porwał ją i podbiegł do sąsiada. Z impetem walnął go w głowę. Dąbrowski padł jak kłoda. Spokojnie wrócił do  koni i powiedział do Stasia: - Jedziemy.
               Zanim znaleźli Dąbrowskiego, zanim przyjechało pogotowie, mięło dwie i pół godziny. Zmarł w drodze do szpitala.
               Dochodzenie było krótkie. Przyjechała milicja i zamknęli Wiśniewskiego w areszcie.
              Żona Wiśniewskiego była znana we wsi jako nadzwyczaj pracowita i troskliwa. Troszczyła się o dzieci, a w szczególności o swojego Józia. To też jeździła do aresztu na wszystkie możliwe wizyty. Zawoziła Mu ulubioną szarlotkę i wszystko inne na co pozwolili. Aby mieć pieniądze dla adwokatów sprzedała dwa konie, a potem trzy krowy. Nic nie wskórali.
             Na rozprawie Sędzina nie chciała uznać "zbrodni w afekcie". Przyczepiła się do nieudzielenia pomocy poszkodowanemu. Zapadł wyrok: - ŚMIERĆ.
             Powiadomili Wiśniewską, że może być przy egzekucji. Była już pod więzieniem kilka godzin wcześniej. Płakała nieustannie. Kiedy zobaczyła męża tuż przed egzekucją dosłownie wyła. Zagrozili Jej, że jak się nie uspokoi to zostanie wyprowadzona. Opanowała się z wielkim trudem.
              Kiedy prokurator zapytał skazańca jaka jest jego ostatnia wola, odpowiedział, że chciałby zapalić.
             Wtedy, maksymalnie zestresowana Wiśniewska wypaliła; - Józiu nie pal, przecież wiesz, że to Ci szkodzi!






                

czwartek, 3 grudnia 2015

Humoreska nr 41. MAŁŻEŃSKI NAGROBEK

                                                                                         


        - Jeździsz już z 10 minut i nie możesz zaparkować. Tyle stoi samochodów, wszyscy znaleźli miejsca, a tylko Ty nie możesz. Z reszto jak zawsze. Przez ciebie spóźnimy się do teatru.
         Taki tekst, typowy dla siebie, wygłosiła do męża Wanda. Byli małżeństwem od 28 lat. Pobrali się po trzech miesiącach narzeczeństwa. Bolesław z miłości. Wanda z rozsądku. Ona wysoka, masywnie zbudowana, apodyktyczna, miała 25 lat. Chciała mieć rodzinę. Nikt inny się jej nie trafiał. On cherlawy, bezdzietny wdowiec, był 16 lat straszy od Wandzi. Jako wysokiej klasy frezer dobrze zarabiał. Cieszył się szacunkiem w pracy i wśród znajomych.
       Wanda szybko awansowała w swoim zawodzie. W wieku 28 lat została dyrektorką dużego przedszkola. Swoim personelem rządziła "żelazną ręką". Podświadomie czerpała radość gdy czuła, że ludzie jej się boją. Powracając do domu, nie przestawała być dyrektorem, też musiała rządzić.
          W dwa lata po ślubie urodziła dwie córki. Będąc w drugiej ciąży odstawiła, na zawsze, Bolka od łoża. Spali w oddzielnych pokojach. On razem z dziewczynkami, aby mógł je pielęgnować nie budząc żony. Atmosfera panująca  w domu spowodowała, że po jego miłości szybko nie pozostało śladu. Gdy dziewczynki dorastały, Wanda szczuła je przeciw Ojcu, wskazując jaki to z niego fajtłapa. Pokończyły studia. Wyniosły się z domu. Zrozumiały, że Ojciec jest porządnym człowiekiem i zasługuję na szacunek.
          Jego radością była praca i wędkowanie. Kiedy doczekał się emerytury wiele czasu spędzał nad pobliskim jeziorem. Podświadomie chciał być jak najdalej od żony.
          Pewnej środy, wieczorem, przygotowywał się do wyjazdu na ryby. W czwartek rano, jak codziennie, odwoził Wandę do pracy. Zapytała Go: 
          - Znów pojedziesz na te swoje głupie ryby?
          - Nie wiem, bo jak źle się czuję, odpowiedział.
          Kiedy wróciła z pracy, Bolek siedział w fotelu, był martwy.
        Po pogrzebie postanowiła wystawić Bolkowi okazały nagrobek. Niech ludzie wiedzą jak kochała męża. Poszła do kamieniarza, wybrała model i nakazała aby był wykonany z królewskiego granitu. Kamieniarz chciał wiedzieć jakie wykuć napisy?
          Podała kartkę i powiedziała: - Tu jest nazwisko i imię, oraz daty, a sentencja niech będzie typowa. 
          Przy odbiorze nagrobka stwierdziła, że sentencja "Spoczywaj w spokoju" Jej nie odpowiada.
         Kamieniarz zdenerwował się i powiedział: - Trzeba było gadać przy zamówieniu o co Pani chodzi, teraz ja już nic nie zrobię. 
          - Zrobi Pan bo inaczej nie zapłacę. Ma tu być dopisane: "dokąd mnie tam nie będzie."   





         

poniedziałek, 30 listopada 2015

Humoreska nr. 40. JAK PIOTRUŚ ODKOCHAŁ SIĘ!

              Dziewczyna, Plener, Portret, Natura, Lato, Uśmiech                                                        


      Piotr urodził się w biednej, wielodzietnej rodzinie w podkrakowskiej wsi. Był bardzo dobrym uczniem. Szkołę średnią skończył z wyróżnieniem. Chciał zostać lekarzem. Niestety, ojciec zapowiedział mu, że dalej musi sam sobie radzić bo musi zadbać o wykształcenie młodszego rodzeństwa. Przypadkowo dowiedział się, że w Łodzi istnieje Wojskowa Akademia Medyczna, że tam dostanie wszystko za darmo byle tylko zdawał egzaminy na czas. Dowiedział się także, że dostać się tam jest bardzo trudno bo takich chętnych jak on są tysiące i na egzaminach wstępnych niemiłosiernie oblewają.
       Egzaminy zdał. Został przyjęty. Był dumny z pierwszego drelichowego munduru. Z chłopskim uporem uczył się dniami i nocami. Wiedział, że już po pierwszym semestrze będzie czystka. Słabi wylecą. Zaliczał kolejne semestry z dobrymi i bardzo dobrymi ocenami. Po odbyciu pierwszych praktyk, postanowił, że zostanie chirurgiem i to nie byle jakim, ale światowej sławy. Przestało go cokolwiek interesować poza medycyną.
       Koledzy Piotra chodzili do kina, na zabawy i prywatki, a przede wszystkim uganiali się za dziewczynami. Tym bardziej, że WAM współpracowała z cywilną Akademią Medyczną, a tam  roiło się od przyszłych lekarek, które szukały sobie wojskowych mężów.  
           Piotr postanowił, że się ożeni dopiero po studiach jak zrobi specjalizację i nie z lekarką bo ta by przeszkadzała mu w zrobieniu kariery.
          Jesteś prawiczkiem - pokpiwali koledzy z Piotrusia. A właśnie, że nie. Jak byłem na urlopie to straciłem cnotę z jedną rozwódką - odcinał się. To była nie prawda, ale tego sprawdzić nie mogli.
            Skończyli piąty rok studiów, czuli się już prawie lekarzami. Wiadomo, szósty rok to taki spacerek.
Byli już podporucznikami. Mieli dobre pensję. Czarne garnitury były w modzie, więc wszyscy je mieli.   Pewnej soboty, koledzy siłą zmusili Piotrusia do pójścia z nimi do restauracji  "Malinowa" na dancing. Usiedli we czterech przy stoliku i zaczęli rozglądać się po sali. Piotr spojrzał przed siebie i oniemiał. W odległości jakieś 25 m siedziała dziewczyna  w jakimś towarzystwie. Ale jaka dziewczyna? Cud. Anioł. Niebieskie oczy, niebieska sukienka i te blond falujące włosy, ten uśmiech. Wydało mu się, że widzi nad jej głową aureolę.
           Serce waliło mu jak młot gdy biegł do niej kiedy zagrała orkiestra. Pójdzie, nie pójdzie, kołatało mu w głowie. Poszła. Wiedział, czuł, że przez te trzy tańce, które ma przed sobą, zadecydują o całym jego życiu. Gdy się odezwała, gdy spojrzała mu w oczy, gdy leciutko przytuliła się do niego - był zachwycony. Był gotów klęknąć, natychmiast tu na sali i wyznać jej dozgonną miłość i wierność.
          Nie wiedział jak postąpić. Bał się jej spłoszyć. Bał się, że może utracić ją na zawsze, więc z trudem wydukał: - Może Pani zechciałaby spędzić ze mną cały wieczór?
          Odpowiedziała natychmiast: - Chętnie, ja od tego tu jestem, ale nie wiem czy Pana na mnie stać!



środa, 23 września 2015

Humoreska nr 39. GRZYBOBRANIE Z MORAŁEM

Grzyb, Cep, Jesienią, Jeść, Jadalny, Las




        Władek zatrzymał samochód na dukcie, na niewielkim wzniesieniu. Wysiedli, to znaczy on jego żona Kasia i ich wypróbowani przyjaciele, małżeństwo Zosia i Krzych. Wszyscy byli prawie czterdziestolatkami. Inżynierowie, Krzysiek i Władek, znali się jeszcze ze studiów, a ich żony uczyły w jednej szkole.
       Grzybów jest dużo, powiedział Władek. Zabłądzić trudno bo, popatrzcie: dukt na którym stoimy biegnie z północy na południe. Jeżeli ktoś pójdzie w kierunku słońca, to żeby wrócić do samochodu musi mieć słońce w plecy. Wyjdzie na dukt i zobaczy samochód. Jeżeli ktoś pójdzie na zachód, to będzie miał sytuację odwrotną. Spotkamy się tu za dwie godziny. Powodzenia.
          Jakoś tak wyszło, że Władek z Zosią poszli na zachód, a Kasia z Krzysiem na wschód. Za chwilę już było słychać pierwsze zachwyty nad prawdziwkami. Potem głosy umilkły. Każde z nich myślało tylko o tym żeby nazbierać jak najwięcej. Minęła godzina. Krzyś zobaczył Zosię jak się schylała. Co tam masz? No choć zobacz co za cudo! Podszedł do niej. Klęczała. Trzy prawdziwki  były piękne. Zawsze podobała mu się, ale dziś Zosia, w tym grzybowym szczęściu, była cudna. Klęknął koło Niej. Przytulił Ją. Całował. Nie broniła się. Rozbierał Ją. Mech był puszysty i chłodny. Było im dobrze, dobrze, dobrze. 
         O Boże, co ja zrobiłam? Jak ja teraz spojrzę w oczy Kasi? Czy Ty będziesz mógł dalej przyjaźnić się  z Władkiem? Powiedz coś?
           Tymczasem po drugiej stronie duktu Zosia podeszła do Władka, odstawiła kosz z prawdziwkami i powiedziała: sprawiłeś mi gigantyczną radość tym grzybobraniem, pocałuję Cię w czoło. Nie sprzeciwiał się. Gdy całowała Go w czoło, rozsunął Jej bluzkę i całował jej piersi. Był szczęśliwy bo miał na to ochotę setki razy, ale jakoś nigdy nie wypadało. Jej zrobiło się jakoś słabo. Leciała Mu przez ręce. Tylko szepnęła: może Oni są gdzieś blisko? 
            Nikt nie odpowiedział na Jego wołanie: - Kasia --- Krzysiu-!!!
         Spieszyli się oboje. Może chcieli podświadomie nadrobić stracone lata. Ona szeptała: jeszcze, jeszcze. Jego rozpierała duma spełnionego samca.
            Przy samochodzie zjawili się punktualnie, ale każde oddzielnie.
            O, - byłaś Zosiu po mojej stronie - powiedział Krzyś, gdybym Cię zobaczył, samą w lesie, to bym Cię chyba zgwałcił.
            Pamiętaj, że ja mam w ręce nóż, mógłbyś zostać kaleką na całe życie. Wszyscy się uśmiechali.
            Na drugi etap grzybobrania, małżeństwa wybrały się już razem, trzymając się za rączki.
            Wracając do domu, w samochodzie, tak myśleli:
            Władek: - Doprawiłem rogi przyjacielowi, trochę mi go żal, ale takie jest życie. Mam nadzieję, że się nigdy nie dowie. A swoją drogą ta jego Zośka to całkiem, całkiem, warto by z bisować.
            Krzyś: - Taki cwaniak ten mój przyjaciel, a jednak rogacz. Czy żałuję tego? Nie wiem.
           Kasia: -  Zdradziłam męża pierwszy raz w życiu. Czy on był mi wierny? Chyba nie. Żałuję, że tak się stało, ale z drugiej strony dobrze tej Zosieńce, gdyby dawała chłopu to co mu się należy, to by nie latał za innymi. Mój nie lata.
          Zosia: - W sobotę pójdę do spowiedzi. Już nigdy tego nie zrobię. Chociaż ten Władziu był taki męski i delikatny. Gdyby Kasia dawała mu to co powinna to by był jej wierny, tak jak mój.
             MORAŁ:
             1. Każdy uważa, że to co robi jest słuszne i moralne.
             2. Niemoralni są oni.
             3. Jeśli nie chcesz być rogaczem to nie spuszczaj żony z oka.       








piątek, 7 sierpnia 2015

Humoreska nr.38. GŁUCHONIEMY


                 Znalezione obrazy dla zapytania podróż pociągiem        

              Działo się to w tak dawnych czasach, kiedy to maturzystki były na ogół cnotliwe i  nie krępowały się tego.
         Hanka z Basią, przyjaciółki, studentki drugiego roku SGH, umówiły się, na wspólną podróż do rodzinnej Iławy, na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Hanka przyszła pierwsza. Wyglądając przez okno wagonu zobaczyła Basię idącą, z ich wspólną znajomą, Ksenią. Ksenia też była z Iławy i studiowała na czwartym roku SGGW. Od kilku miesięcy była mężatką.
             Wszystkie były bardzo rade z tego spotkania, tym bardziej, że miały dla siebie cały przedział. Hanka z Basią "umierały" z ciekawości - jak to jest być żoną. Szykowała się wspaniała pogaduszka. Niestety, w chwili gdy pociąg ruszał, drzwi otwarły się z wielkim hukiem i wszedł przystojny młodzieniec, w czarnym garniturze i białej koszuli. Wskazał wolne miejsce przy drzwiach i zaczął wydawać nieartykułowane dźwięki - coś w rodzaju - och, ach. Rozlokował swoje liczne bagaże, a następnie podszedł do okna i otworzył je z taką siłą, że aż wagon zakołysał się.  Gestykulował i powtarzał swoje - och, ach - jak by chciał powiedzieć, że w wagonie jest duszno.
                Dziewczyny zamarły. Były zszokowane. On usiadł, rozłożył "Ekspres Wieczorny" i zagłębił się w lekturze. Pierwsza odezwała się Basia: 
                 - On jest głuchoniemy, chyba nie ma powodu do obaw.
                 - A taki przystojny, szkoda człowieka - zawtórowała jej Hanka.
            Rozpoczęły rozmowę, początkowo szeptem, potem coraz bardziej swobodnie. Najpierw o studiach, potem o rodzinach, wreszcie o studentach jako kandydatach na męża. Hankę interesowało jak Ksenia poznała swojego i kim on jest? Czy jest szczęśliwa? Czy bała się "nocy poślubnej"?
                  Ksenia się śmiała i powiedziała, że jej "noc poślubna" odbyła się w dzień i w jego kawalerce na długo przed weselem. Jest szczęśliwa, lubi tę zabawy i żałuję tych lat, które spędziła w cnocie.
            Wśród śmiechów i żartów, niewiadomą kiedy, minęło 3,5 godziny. Pociąg zbliżał się do Działdowa. Udający dotąd śpiącego " głuchoniemy" wstał, pozbierał swoje bagaże, ukłonił się pięknie dziewczynom i wychodząc powiedział: Miałem bardzo interesującą podróż.





               
              

wtorek, 21 lipca 2015

Humoreska nr.37 DOLA SAFANDUŁY


Znalezione obrazy dla zapytania pantoflarz
                                                          

         
                    Aron miał 40 lat rude jak płomień włosy i tyle piegów, że wyglądał jak srocze jajo. Ten jego wizerunek wywarł duży wpływ na całe jego życie. W szkole rówieśnicy mu niemiłosiernie dokuczali. Bił się z chłopcami i nie tylko, prawie na każdej przerwie. W dodatku to imię - Aron! Był wściekły na swoich rodziców, że coś takiego wymyślili. Ponoć po pradziadku. Skończył studia inżynierskie. Zamknął się w sobie i postanowił, że nigdy się nie ożeni i nie będzie ojcem rudych dzieci

          Od urodzenia mieszkał w Warszawie na Ursynowie. Samotny, zgryźliwy, czerpał satysfakcję gdy udało mu się komuś dołożyć. Miał w sobie niewyczerpane pokłady złośliwości i jedynego przyjaciela Krzysia. Krzyś był jego rówieśnikiem i kuzynem. Też mieszkał na Ursynowie i był zawodowym taksówkarzem. Pogodny, zawsze zadowolony i przystojny brunet. Miał żonę i dwie córki, co mu nie przeszkadzało przeżywać ciągle nowe romanse.
          Między Arkiem, a Krzysiem od lat istniał taki układ: Arek w każdej chwili miał do dyspozycji darmową taksówkę; Krzyś mógł dowolnie korzystać z mieszkania Arka. Te usługi świadczyli sobie dość często. A ponadto lubili sobie pogadać. Krzysiu czasem, w żartach nazywał mieszkanie Arka - kopulatorium. Miał oczywiście klucze.
             Pewnego dnia, telefonicznie, zapytał Krzyś czy może skorzystać z kopulatorium między 12-stą a 16-stą, bo ma nowy cud o imieniu Jadwiga. Mógł. Arek tak był zafascynowany zapałem Krzysia, że postanowił zobaczyć ten "cud". Usiadł na ławce tuż przy wejściu do swojej klatki. Na głowę założył kaptur, zasłonił się gazetą i czekał. Niebawem zajechała znajoma taksówka. Rzeczywiście Jadwiga była ładna, elegancka, miała wszystko co kobieta mieć powinna, albo jeszcze więcej.
             Minęło kilka dni i Arek wybrał się na zakupy do osiedlowego marketu. Zaraz po wejściu zauważył Jadwigę z jakimś facetem. Postanowił przyjrzeć się jej dyskretnie. Po dziesięciu minutach już wiedział, że Jadwiga jest z mężem. Wyraźnie go pomiatała. On około pięćdziesiątki, łysy z wyraźnie zarysowanym brzuszkiem. Typowy safanduła - pomyślał Arek.
               Jak codziennie rano Arek wsiadł do metra na stacji Natolin. Na następnej stacji zauważył, że do metra wsiada "safanduła". Tak, to był na pewno on. Przesunął się blisko niego i wysiadając przy Politechnice szepnął mu do ucha "rogacz". Tamtemu oczy wyszły na wierzch. Rozbawiony Arek wyskoczył na peron.
                Po dwu dniach Jarek dzwoni do Arka z zapytaniem czy on czegoś nie narozrabiał bo mąż Jadwigi twierdzi, że jakiś rudzielec, w metrze nazwał go rogaczem. Na razie sytuacja została opanowana bo Jadwiga przysięgła na wszystkie świętości, że żadnego rudzielca nie zna, zresztą zgodnie z prawdą.
                W najbliższy poniedziałek sytuacja w metrze powtórzyła się. Arek wysiadając podszedł do "safanduły" i wyszeptał: "Nie tylko rogacz, ale i skarżypyta".