Dowcipy

środa, 8 kwietnia 2020

Humoreska nr 81 ANTEK I KORONAWIRUS


                                Nowe objawy koronawirusa? Przypominają gorączkę denga 

                                      ANTEK  I  KORONOWIRUS

         Antek mieszkał na końcu wsi, ale czuł się jak nie za najważniejszego to przynajmniej za jednego z najważniejszych we wsi. To było potrzebne mu do szczęścia. Wszystkim wmawiał, że powinni go nazywać „Złotą rączką”. Nie było roboty, która dla Antka by była trudna.  Potrafił poklepać kosę i naprawić kombajn. Wymalować mieszkanie czy położyć kafelki w łazience to dla Antka małe piwo. Naprawić cieknący kran czy zatkany zlew, to betka. Nawet potrafił naprawić pralkę czy elektryczny piekarnik.
           Złośliwi zawsze się znajdą, a tacy twierdzili, że Antek jest lepszy w psuciu niż w remontowaniu czegokolwiek.
          Antek miał stare zabudowania po rodzicach i 2 morgi ziemi. Trzymał jedną krowę i dwie świnie, trochę drobiu. Inwentarzem zajmowała się Wanda, żona Antka. On od niepamiętnych czasów nazywał ją Stara. We wsi na Wandę mówili po prostu Antkowa.  Z takiego gospodarstwa trudno wyżyć. Toteż Antek przez 12 lat dojeżdżał do pracy w mieście. Był zatrudniony w przedsiębiorstwie remontowo-budowlanym i tam poznał wiele fachów  Zlikwidowali autobus i skończyła się praca. Chwytał się każdej roboty, a to przy sianokosach lub przy żniwach, wyremontował rower i traktor, wymalował chałupę z zewnątrz i wewnątrz.
     Dzieci nie miał. Jak mówiła Antkowa: –„ Pan Bóg nie pobłogosławił.” Za to Antek wszystkim młodym doradzał jak robić, kiedy i ile razy, żeby spłodzić córkę lub syna w zależności od potrzeby. Co prawda Kociela gadał po wsi, że te Antkowe rady to psu na budę bo chciał mieć syna, a urodziły mu się trzy córki w trzy lata. Antek twierdził, że Kciela to fujara a nie chłop.
      I tak spokojnie toczyło się życie na wsi, aż przyszedł wirus. Chłopów najbardziej ucieszyło to, że nie musieli chodzić do kościoła. Chodzili tam, bo chodzili tam ich ojcowie i dziatki. Chodzili po to żeby nie być okrzykniętym bezbożnikiem lub nazwanym przez Proboszcza komunistą. Z tego nie chodzenia była czysta korzyść bo zostawała dycha dawana na tacę. A za dychę można było, o każdej porze, u starego Malinowskiego, kupić ½ litra bimbru, wystarczyło dodać pustą butelkę.
     Do kościoła chodziło tylko kilka starych kobiet. Proboszcz nakazał im rozpowiadać po wsi, że jeśli ktoś boi spowiadać się przy konfesjonale to on może wyspowiadać go na spacerze wokół kościoła. Komunię mogą brać bez obawy po staremu bo kapłani maję konsekrowane dłonie.
      Antek od kilku lat omijał kościół szerokim lukiem. Przez tydzień wtedy harował na  plebanii. Wymalował pokoje, wymienił krany i zlewy, wyremontował rynny i założył nowy zamek w drzwiach wejściowych. Kiedy przyszło do zapłaty proboszcz zaproponował mu odprawienie mszy w jego intencji. Antek zdenerwował się i trzasnął drzwiami.
     Nakaz siedzenia w domu mieli chłopi w głębokim poważaniu. Bo jak nie przyjść do sąsiada gdy miał imieniny lub ocieliła mu się krowa. Takie spotkania zawsze były przyjemne. Tym bardziej, że nie o suchej twarzy.          
     Do Antka zadzwonił kuzyn Waldek, gajowy, mieszkający w środku puszczy z pytaniem co ma robić gdy jest zakaz wchodzenia do lasu? Po pierwsze siedzieć cicho, powiedział mu Antek, nikogo o nic nie pytaj, a już na pewną nie leśniczego. Po drugie posiej warzywa i posadź kartofle. Po trzecie, przypomnę Ci jak dawnymi laty pijany generał zastrzelił Ci krowę i upierał się, że to była dzika krowa. Ja Ci wtedy poradziłem żebyś nie podskakiwał no i dostałeś odszkodowanie i to takie, że kupiłeś krowę z cielakiem i jeszcze na buty dla dzieciaków zostało. A po czwarte zawsze pamiętaj o starej zasadzie wojskowej: -„Jak najdalej od dowództwa, jak najbliżej kuchni”.
      Od połowy marca Antek nie miał roboty i pieniędzy. Postanowił, że musi znaleźć sposób  na koronawirusa. Wymyślił, że pomocnym w tym dziele będzie mu jego pies Reksio. Był przekonany, że Reksio jest najmądrzejszym psem we wsi i bardzo łatwo wszystkiego się  uczy. Posadził go przed telewizorem i kiedy pokazywali wirusa kazał mu szczekać. Po dwu dniach nauki Reksio wiedział już o co chodzi. Teraz, myślał Antek, wystarczy, że pójdę na wieś i jak na kogoś będzie szczekał Reksio to będzie znaczyło, że ten ma wirusy. Dodatkowo wymyślił Antek, że na wirusy będzie dobry właściwy kij. Wystrugał sobie, z leszczyny, kij o  długości 125 cm i średnicy 3,5. Takiego kija boi się koń, krowa i każde inne bydle, to dlaczego miał by się nie bać ten przeklęty wirus.
     Swoją teorię wygłaszał Antek w sklepiku u panny Krysi. Ludzie słuchali z niedowierzaniem i zastanawiali się czy ten mądry Antek przypadkiem nie zwariował.
     Antkowa użalała się do swoich przyjaciółek: -„Za jakie grzechy Pan Bóg ukarał mnie takim postrzelonym chłopem."
            

czwartek, 5 marca 2020

Humoreska nr 80 GRZYBOBRANIE I CHMURA



                                        Znalezione obrazy dla zapytania: grzyb prawdziwy


                         GRZYBOBRANIE I CHMURA

            Gdy Jan wyjeżdżał z Piaseczna wschodziło słońce. Był cudowny sierpniowy poranek. Obiecał sobie dużo. Wczoraj powiedziała mu sąsiadka, że na bazarku widziała dużo grzybów. Uśmiechnął się do niej i pomyślał – już ja im jutro pokarze.
           W nocy źle spał, nie mógł doczekać się poranka. Od dziecka lubił zbierać grzyby. W sezonie grzybowym, nawet przy największym nawale pracy zawsze potrafił rzucić wszystko i wyrwać się do lasu. Grzyby, a w szczególności prawdziwki fascynowały go. Bywało, że kiedy zobaczył dorodnego borowika kładł się na brzuchu przed nim, brodę podpierał rękoma i patrzył na niego przez kilka  minut.
          Pojechał w „swoje” lasy za Górę Kalwarię. Samochód zostawił na dzikim parkingu. Prawie biegiem wpadł do lasu. Po kilkunastu krokach doszedł do miejsca gdzie bywały kurki. Było ich mnóstwo. Zbierał je w pośpiechu do momentu, aż pod brzozą zauważył trzy szare kozaki. Nieco dalej, pośród młodych sosen znalazł ładnego prawdziwka. No nie, pomyślał ja tu nie będę tracił czasu, idę w swoje miejsca bo jeszcze ktoś wybierze mi moje prawdziwki.
          Szedł prawie z kilometr, aż do wydm porośniętych rachitycznymi sosnami. Zaczęło się. Oczom nie wierzył. Małe, duże, pojedyncze i po kilka. Wszędzie były prawdziwki i w dodatku wszystkie zdrowe. Były momenty, że nie mógł się zdecydować, które zbierać pierwsze.
         Od ciągłego schylania się zrobiło mu się gorąco chociaż miał na sobie tylko leciutką kurteczkę. Zdjął ją i zauważył, że słońce gdzieś zniknęło, a w lesie zrobiło się duszno. Niewielki koszyk był prawie pełen prawdziwków. Do obejścia miał jeszcze wiele miejsc. Co robić? Do samochodu daleko. Z tyłu usłyszał ludzkie glosy. O nie. Zdjął podkoszulek, u dołu związał go sznurowadłem i w tak powstałą torbę wkładał swoje cuda. Szło mu to dość wolno bo każdego grzyba starannie czyścił.
       Pomyślał o swojej ukochanej żonie Wiktorii. Ona też lubiła zbierać grzyby. Nie mogła z nim jechać bo  opiekuje się wnuczką. A szkoda bo lubił patrzeć jak się cieszy z sukcesów. W myśli już sortował te cuda. Największe ususzy, małe pójdą do octu. A jaka będzie smaczna kolacja. Wiktoria uwielbia prawdziwki na masełku.
      Czas dla Jana zatrzymał się. Szedł zauroczony, krok za krokiem do przodu. W podkoszulku było już z osiem kilo  prawdziwków gdy zagrzmiało. Zatrzymał się. W lesie zrobiło się  mroczno. Od zachodu wypełzła prawie granatowa chmura. Wierzchołki drzew niespokojnie zaszumiały. Po chwili upadły pierwsze krople deszczu. Chmura z każdą chwilą potężniała. Nie było na co czekać.
      Powrót do samochodu z takim bagażem nie był łatwy, tym bardziej, że Jan miał już swoje lata. Pojedyncze krople zamieniły się szybko w ulewę. Chwilami tracił w deszczu orientację. Czuł jak woda spływa mu po plecach, a potem między pośladkami. Nic przyjemnego. Woda była zimna. W butach mu chlupotało. Te półtora kilometra do samochodu było bardzo długie. Gdy otwierał bagażnik dzwonił zębami. Znalazł zapasowe buty usiadł na swoim siedzeniu, zrzucił mokre razem ze skarpetkami. Szczęśliwy, że ma suche nogi dodał gazu i przyjechał do Piaseczna. Przed blokiem, z tryumfalną miną podszedł do bagażnika. Otworzył – grzybów nie było. No tak – zostały na parkingu. O k… zaklął brzydko.
      Usiadł za kierownicę i popędził za Kalwarię. Na parkingu nie było śladu po grzybach, niestety.
       Jak każdy, w takich okolicznościach, Jan szukał winnego. Oczywiście wszystko przez to p….ną chmurę. Wrócił do Piaseczna.
       Z miną skarconego psa poczłapał do domu. Kiedy opowiedział Wiktorii o swojej przygodzie to Ona, w swej dobroci, nie powiedziała ani słowa. Jednak pokiwała tak znacząco głową i tak popatrzyła na niego, że wiedział co myśli.

wtorek, 25 lutego 2020

Humoreska nr.79 PODBITE OKO



                                                  Znalezione obrazy dla zapytania: podbite oko


         Zosię i Zenka trudno by było nazwać małżeństwem typowym. Chociażby z tego powodu, że ona była filigranowa, ważyła 58 kg i miała 164 cm wzrostu. On chłopisko wielkie i zwaliste. 93 kg wagi.
         Urodziła się na Żoliborzu, tam też chodziła do szkoły. Od najwcześniejszych lat wygrywała wszystkie szkolne zawody w biegach i skokach. Nic więc nie było w tym dziwnego, że po maturze  podjęła studia na Akademii Wychowania Fizycznego na Bielanach. Studiowała na wydziale – Wychowanie Fizyczne. Jej pasją była lekkoatletyka, a jaszcze bardziej judo. Na jej roku nie było lepszej od niej w tej dziedzinie.
       Przez ostatnie dwa lata studiów mieszkała z Krzysiem. Oczywiście była mowa o małżeństwie. Przez długi czas tolerowała to co on nazywał oszczędnością, a ona po prostu skąpstwem. Drażniło ją jego zastanawianie się przed wydaniem każdej złotówki, toteż bez większego żalu rozstała się z nim tuż przed obroną pracy dyplomowej. Postanowiła zostać syngielką. Jak się okazało nie na długo. Prace znalazła na etacie nauczyciela wychowania fizycznego w  LXX Liceum w dzielnicy Ursynów. Tam też szybko poznała, nauczyciela matematyki Zenka.
        Zenek urodził się na Pradze. Od najwcześniejszych lat wychowywał się wśród najgorszych żuli i złodziei. Wcześnie zaczął palić i popijać nie tylko piwo. Ojca nie miał, a samotna matka nie bardzo mogła sobie z nim poradzić. Na jego szczęście zainteresował się nim brat matki – adwokat. Szybko odkrył, że Zenkowi łatwo przychodzi nauka, a w szczególności matematyka. Wuj poświęcił dużo czasu i wysiłku aby Zenka wyrwać ze szponów ulicy. Kiedy zdał maturę wszyscy troje cieszyli się, a szczególnie matka.
       Na Uniwersytet Warszawski, na wydział Matematyki i Informatyki, Zenek dostał się już o własnych siłach. Studiował, co prawda aż 6 lat, ale studia ukończył z wynikiem bardzo dobrym. Skłonność do alkoholu, pozostałość po latach młodzieńczych, przeszkodziła mu zostać asystentem.
      Już na pierwszym spotkaniu Zenek nosił Zosię na rękach. Bardzo spodobała jej się taka zabawa. Zakochała się. Koleżanki mówiły jej, że Zenek lubi tęgo popić. Ona doszła do wniosku, że ludzi idealnych nie ma. Ślub wzięli w lutym.
       W słoneczne, kwietniowe południe Zosia z koleżanką wracały z pracy przez park. W pewnej chwili podbiegł do nich, od tyłu, złodziej wyrwał torebkę Zosi i zaczął uciekać. Nie traciła ani chwili, pobiegła za nim. Dopędziła go i podstawiła mu tak zręcznie nogę, że wylądował na twarz. W mgnieniu oka usiadła mu na plecach i tak wykręciła mu ręce z tyłu, że wył z bólu. Treningi z judo zaowocowały. Koleżance nakazała wezwać policję. Wtedy dopiero zorientowała się jakiego wielkiego draba trzyma. Zebrał się tłumek, ktoś oferował pomoc. Podziękowała z uśmiechem.
       Policja szybko przyjechała. Złodzieja skuli. Przyjechał drugi wóz. Całą trójkę zawieźli do Komendy Dzielnicowej na przesłuchanie. Okazało się, że policja miała rysopis tego złodzieja, ale od miesięcy nie potrafiła go przymknąć. Na Komendzie szybko rozeszła się wieść, że filigranowa kobietka schwytała wielkiego chłopa. Dyskretnie podchodzili policjanci żeby ją zobaczyć. Aspirant Wasiek powiedział do swojego kolegi: -„Takiej to lepiej w domu nie mieć.”
      Kilka tygodni później, Zosia otrzymała oficjalne podziękowanie od Nadinspektora za  schwytanie niebezpiecznego złodzieja. Zenek był dumny ze swojej żony, opowiadał wszystkim o wyczynie Zosi, nawet dawnym kumplom z Pragi.
       W małżeństwie Zosi właściwie układało się wszystko dobrze, z tym, że od czasu do czasu Zenek tęgo popijał co ją mocno denerwowało.
       Pewnej niedzieli, z rana, Zenek stał przed lustrem, okropnie skacowany i powiedział do Zosi: - „Coś Ty Kochanie pomyślałaś jak ja, w nocy, wróciłem taki zalany i w dodatku z sińcem pod okiem?”
       - „Jak wróciłeś to nie miałeś podbitego oka.” – powiedziała Zosia.

   

czwartek, 9 stycznia 2020

Humoreska nr 78 CO WYNIKA ZE ŚPIEWU SŁOWIKA

                           




         
Znalezione obrazy dla zapytania słowik rdzawy
                                               
                                                                                                                                                  Pan słowik szary przylatuję do nas w połowie kwietnia. Śpiewem obejmuję w posiadanie, najczęściej zeszłoroczne, włości.  Chętnie w pobliżu wody. Śpiewa i czeka na swoją wybrankę, około tygodnia. 
       Pani słowikowa powróciła szczęśliwie. Nie zjedli jej na półwyspie Iberyjskim, gdzie wówczas jeszcze niestety polowali na ptaki. Po serdecznym  powitaniu zabrała się do budowy gniazdka w krzewach nisko nad ziemią. On śpiewał. Ona złożyła 5 jajeczek i zaczęła je wysiadywać. A on ciągle śpiewał wieczorem i rano.. I jak śpiewał? Próbowali z nim konkurować: a to wilga, a to rudzik, samczyk sikorki, czy siadający na czubku gruszy kos. Nic z tego nie wyszło. Słowik był zdecydowanie najlepszy.
        Zamilkł w połowie czerwca, kiedy wykluły się dzieci. Teraz pan słowik zabrał się za robotę. Trzeba było karmić  młode, a apetyt miały wielki.
        Od starych i mądrych ludzi Agnieszka wiedziała, że jeżeli pannie uda się zobaczyć śpiewającego słowika, to ma 100 procent gwarancji na szczęśliwe małżeństwo. Postanowiła działać. Dobrze po zachodzie słońca, w maju, nie mówiąc nic nikomu poszła polną drogo, nad zakrzaczony strumień, gdzie spodziewała się słowika. Był i śpiewał, ale gdzieś w oddali. Prosto drogę zagradzały krzewy. Szła to w lewo to w prawo. Ciągle słyszała ten cudowny śpiew, ale ptaszka nie mogła dostrzec. Zrobiło się ciemno. Zrezygnowała. Może rano będę miała więcej szczęścia, pomyślała.
       Była na miejscu tuż po wschodzie słońca. Najpierw go usłyszała, a potem zobaczyła. Siedział na niskim drzewie nie dalej jak 25 metrów. Usiadła na zwalonej wierzbie i słuchała. Nie minęło 10 minuta kiedy nadjechała furmanka.
      - Co Ty tu robisz o tej porze? – Zapytał Władek i zatrzymał konie.
      - Słucham śpiewu słowika – odpowiedziała.
      Zawiązał lejce wokół kłonicy i zeskoczył z wozu. Był starszy od Agnieszki o trzy lata, rosły  i dobrze zbudowany. Znała Go dobrze jak to na wsi. Usiadł przy niej. Ona pokazała mu ptaszka. Siedzieli i słuchali. W pewnej chwili on położył rękę na jej dłoni. Przeszedł ją dziwny dreszcz. Wydał jej się bardzo bliskim. Oparła się o niego. On objął ją ramieniem. Trwali w bezruchu i oboje bali spłoszyć tej cudownej chwili.
     - „Muszę jechać redlić kartofle, ale jak chcesz to posłuchamy razem słowika wieczorem.” – Powiedział Władek.
     - „Tak chcę”. – Odpowiedziała bez namysłu Agnieszka.
     Ślub wzięli jeszcze przed żniwami. Byli w sobie zakochani bez pamięci. Roboty i to ciężkiej w gospodarstwie było bardzo dużo, bo w latach pięćdziesiątych, ubiegłego wieku, na wsi nie było prawie żadnych maszyn.
Nie narzekali, czuli się szczęśliwi. Władek uwielbiał nosić Agnieszkę na rękach i nazywał ją swoim słowikiem. 
     Od wiosny przyszłego roku Agnieszka opowiadała, że czuje się jak okręt. Wielki brzuch przeszkadzał jej w pracy. Władek pilnował żeby się nie przemęczała. Pod koniec lipca urodziła bliźnięta – Kasie i Jasia.
     Pewnej sierpniowej niedzieli, gdy Agnieszka karmiła piersią na raz oba swoje pociech, Władek zapytał:
      -„ Co wynika ze śpiewu słowika? „
   -„ Wiem ale nie powiem. Powiedz Ty” – Odpowiedziała Agnieszka.
      - „Szczęście, - zgadzasz się?”
      - „Jak najbardziej!”



środa, 18 grudnia 2019

Humoreska nr 77 PTAKI


                                               

                                         Znalezione obrazy dla zapytania: łabędzie

                                                           P T A K I

          Józef nie słyszał porannej krzątaniny na oddziale  chorób wewnętrznych, ani tego, że jego sąsiad wołał pielęgniarkę, a ona lekarza, zaniepokojony brakiem oddechu u Józefa.
          Józef dokładnie słyszał krakanie stada czarnych ptaków krążących na tle granatowej chmury. Chmura zniknęła, pokazało się słońce, on leżał na pastwisku i widział wysoko nad sobą, prawie nieruchomy punkcik. Ten punkcik śpiewał i to jak śpiewał. Od swojej starszej siostry Tereski wiedział, że to skowronek, że on śpiewa dla swojej żony, która wysiaduje jajeczka w gniazdku wśród traw. Ptaszek zamilkł i jak kamień spadał ku łące, a potem gdzieś się rozpłynął.
          Józek wstał. Jego trzy krowy, które pasał, leżały spokojnie i przeżuwały pokarm. Rozglądał się za gniazdkiem skowronków. Z pastwiska zrobiło się błoto, a z boku leżał śnieg. Wiedział, że wraca ze szkoły. Widział poruszenie na wsi. Gdy ruszył biegam do domu wtedy zauważył bociana na stodole u Dąbrowskich. Był zły. Dąbrowscy to ich sąsiedzi, zawsze na ich stodole były bociany, a u nich nigdy. Tata Józka zrobił podstawę pod gniazdo na swojej stodole, ale nie osiedliły się.
          Józek rozpłakał się. Mama, kochana mama, powiedziała połóż się, usiądę przy tobie. Czuł, że ktoś rytmicznie ugniata mu piersi, coś na w nosie, chcę to wyrwać, ale ręka jest taka ciężka, że nie może jej ruszyć. Mrówka albo pszczoła gryzie go w ramię. W pewnym momencie wyraźnie słyszy wołanie - „ siostro”.
          Znów cisza. Nie, słyszy śmiech Jasia, swojego młodszego brata. Jedzą oni i Tereska wspaniałą zupę wiśniową. Zabielaną śmietaną. Każdy ze swojej miski. Na środku stoi duża micha, a w niej młode kartofle okraszone i przysypane koperkiem do przybierania dla wszystkich. Przez otwarte drzwi na podwórze  wdziera się wrzawa. Wszyscy wybiegają. Na ich trzech wiśniach siedzi chmara szpaków. Błyskawicznie zjadają owoce. Ludzie krzyczą i rzucają czym popadnie. Józek błyskawicznie wdrapuję się na najwyższe drzewo. Okazało się, że te szpaki opanowały całą wieś. Kto ich nie wygonił to stracił wiśnie.
          Jak to jest medytuję Józek: - Piękne ptaki, przylatują wczesną wiosną, ładnie gwiżdżą, nikomu nie przeszkadzają a potem zmieniają się w bandę złodziei.
          Dwa tygodnie temu poślubił swoją ukochaną Jadzie. Siedzą na łódce i łowią płotki. Nieopodal pływa para śnieżnobiałych łabędzi. W pewnej chwili słyszą nad swoimi głowami muzykę skrzydeł łabędzia. Zatacza łuk i z szumem siada na wodzie, jakieś 50 m od pary. Ptaki bacznie obserwują się. Po chwili ten samotny płynie w stronę jednego z nich, może to samica? Drugi z pary wyciąga szyję w stronę napastnika i waląc skrzydłami i nogami o wodę atakuję przybysza. Ten odlatuję. Jadzia śmieje się i mówi: - „Pewnie chciał mu poderwać żonę.”
          Nagle robi się ciemno. Józef czuję rytmiczny ucisk na piersiach i głos ojca: ołł, ołł. Kary zawraca, ojciec trzyma pług. Przybywa kolejna skiba. Józkę drepce bruzdą. Ziemia głaszczę mu bose nogi. Wypatruję pędraków, są takie duże i tłuste. Wypatrują ich także dwie wrony w swoich siwych kamizelkach. Józek patrzy na nie z zachwytem, bez wysiłku podfruwają, zgrabnie chodzą i co chwila zjadają pędraka.
         To już koniec – dobiega go głos lekarza – zabierzcie go stąd. Józef ma ochotę usiąść i ryknąć: - Jaki koniec? Przecież widzę światłość!
         Po chwili siedzi po turecku na wielkiej  płachcie, którą niosą, w stronę światłości, wielkie niezgrabne ptaszyska. Tak to pelikany, widział takie w Rumunii w delcie Dunaju.
          Z oddali dobiega go głos podobny do grzmotu: „To Polak, niech go zaniosą orły, białe orły.” 
         W pierwszą niedzielę po pogrzebie Jadzia napiekła miednicę faworków i poprosiła na podwieczorek swoje liczne przyjaciółki. Opowiadała im kolejny raz jaki to był dobry człowiek ten jej mąż Józiek, dla niej i wszystkich ludzi, jak kochał dzieci i wnuki. Jak zachwycał się ptakami, jak je podglądał i starał się je zrozumieć. Jak ptaki Józiowi się w niespodziewany sposób odwdzięczyły.
         Nawet najstarsi ludzie we wsi  nie słyszeli żeby komuś przy opuszczaniu trumny do grobu zaśpiewał, w pobliskich krzewach, słowik. A Józiowi zaśpiewał.
          Morał z tej opowieści jest taki: Kochaj i podziwiaj małe i duże ptaki.
   

środa, 16 października 2019

Humoreska nr 76 Zosia czy Kasia

         Znalezione obrazy dla zapytania panny        


                                        ZOSIA  CZY  KASIA 
           Była wiosna 1967 roku. Władek miał 26 lat. Po ukończeniu technikum  rolniczego gospodarował na dwunastu morgach ziemi. Miał mądrą i pracowitą matkę i schorowanego ojca. Jego marzeniem było duże gospodarstwo z hodowlą zarodowego bydła. By to marzenie spełnić potrzebował co najmniej 10 hektarów ziemi. Ziemia na mazowieckiej wsi była droga, a kupić nie miał za co. Pozostało mu tylko bogato ożenić się.
         Na wsi było wiele panien, ale tylko dwie widział jako ewentualne żony. Obie znał od dziecka, z obiema tańczył na zabawach strażackich. Wyczuwał, że obie chętnie wyszłyby za niego. Zosia – zgrabna, ładna blondynka, zawsze uśmiechnięta z pewnością byłaby dobrą żoną. Jednak w posagu mogła dostać tylko dwa morgi czyli nieco więcej niż hektar ziemi. Liczyć na to, ze się dorobią i dokupią ziemi to odległa i wątpliwa przyszłość.
        Kasia – przysadzista, piersiasta szatynka o płaskiej twarzy, niezbyt urodziwa, miała tę zaletę, że w posagu otrzyma 7 morgów ziemi, a może i 8. To w kalkulacjach Tadeusza już było coś.
        Pytanie, którą wybrać gnębiło Tadeusza już z półtora roku. Jako człowiek praktyczny, nie bez przyczyny na wsi zwany „ złotą rączką” chciał być przygotowany do małżeństwa pod każdym względem. Dwa lata temu postanowił skorzystać z usług Wichty.
       Wichta była wdową, miała 10 morgów ziemi i gospodarowała na niej razem z bratem i bratową. Miała swój dom. Na wsi było wiadomą, że przyjmuję u siebie, za opłatą, tylko w zbożu, chłopów, a młodzieńców uczy sztuki kochania. Przyjmowała tylko tych, którzy jej się podobali. Np. żaden pryszczaty chłopak nie miał u niej szans. Na wsi ludzie jej się, na ogół bali. Uważana była za wiedźmę lub czarownicę. Uważali, że ma złe oczy i rzuca uroki. Tadeusza nauczyła, że w miłości równie wspaniale jest brać jak i dawać.
       W końcu maja przyszedł list od wuja Stacha, brata ojca Tadeusza, z pod Ciechanowa, z zaproszeniem, dla całej rodziny, na wesele jego córki. Po naradzie rodzinnej, postanowioną, że na wesele pojedzie tylko Tadeusz, ale na kilka dni.
       Na przyjęciu weselnym, wuj Stach, posadził Tadeusza, chyba nie przypadkową, przy pięknej dziewczynie. Miała na imię Dorotka. Szybko dowiedział się, że skończyła technikum ogrodnicze, że ma dwie młodsze siostry i 22 lata. Dowiedział się też, że mają tylko dwa hektary ziemi, ale za to trzy duże szklarnie i jej rodzina uprawia tylko warzywa i kwiaty. Dodała z czarującym uśmiechem, że w okolicy nazywają ich badylarzami.
       Przetańczył z Dorotką cała noc. Dotąd żadna inna dziewczyna niebyła dla niego tak cudowna. W poniedziałek, zgodnie z obietnicą, Dorotka oprowadzała Tadeusza po szklarniach i polach. Kolację jedli w ich, obszernym, piętrowym domu. Najbardziej zdziwiło Tadeusza to, że wszędzie były krany z wodą, nie tak jak u niego, że każdy litr trzeba było wyciągać ze studni.
       Wrócił do Wuja zakochany po uszy i powiedział mu o tym. Stach, znany w okolicy jako dobry kowal i mechanik, umiał nie tylko podkuć konia i naprawić  każdą maszynę, to jeszcze miał mechaniczną młockarnie i młócił zboże w całej okolicy, roześmiał się swoim zaraźliwym uśmiechem i powiedział: - to się żeń.
        A co będzie z posagiem? – zapytał Tadeusz.
       O to się nie martw, to bogaci ludzie. Jeśli oświadczyny zostaną przyjęte, to posag będzie większy niż się spodziewasz. To jak idziemy jutro w rajby?
        Idziemy –  bez chwili namułu powiedział Tadeusz.
       Przyjęła ich rodzina w komplecie. Kiedy Tadeusz, drżącym głosem oświadczył się, przyszły teść powiedział: - Musimy najpierw zapytać się Dorotki, co ona na to? Dorotka wstała, podeszła do Tadeusza, usiadła mu na kolana, objęła za szyje i powiedziała: kocham Go i chcę być Jego żoną.
        Wobec tego – zaczął Teść – na początek postawie wam dużą szklarnie, w której będziecie hodować kwiaty i pomidory. Ty przestaniesz sadzić kartofle i siać żyto, a będziesz uprawiał warzywa. Dorotka doskonale zna się na tym to powie co i jak. O zbyt nie martw się, moja w tym głowa, nieodległa Warszawa zawsze jest głodna.
         Na stole znalazł się szampan. Wszyscy byli szczęśliwi. Tadeusz tulił i całował Dorotkę, ona nie protestowała.
         Gnębiące Tadeusz, od miesięcy, pytanie – Zosia czy Kasia – wyparowało tak szybko jak rosa na trawie w czerwcowy poranek.
            Wesele odbyło się niebawem.
       Po weselu Wuj Stach podśmiewał się z Tadeusza, że tak mu było dobrze z Dorotką, że przez tydzień nie wychodzili z łóżka, a co najwyżej po to żeby zrobić siusiu. 
            Ta historia jest dowodem na to, że byle dziewczę potrafi zmienić sposób myślenia, wydawałoby się rozsądnego chłopa.  
             


       

piątek, 26 lipca 2019

Humoreska nr 75 CIĘŻAR BIUSTU

    
Znalezione obrazy dla zapytania BIUST




                   
          Od zarania ludzkości, normalni osobnicy płci brzydkiej, niezależnie od wieku, lubią patrzeć na piersi tej ładniejszej połowy. Czy tylko lubią? Oni chyba muszą. Pcha ich jakaś, zapewne atawistyczna siła, na logikę nie do pojęcia. Mało tego, że się gapią to każdy najchętniej by się do tych krągłości dobrał, albo chociaż pogłaskał, gdyby wiedział, że ujdzie mu to bezkarnie. Taki przeciętny samiec gdy zobaczy: kasjerkę, urzędniczkę, fryzjerkę, nie mówiąc już o dziewczynie na plaży – najpierw widzi i taksuje jej biust. Nie ważne czy kobieta ma 14 lat, czy 60 lub 70, ważne jak biust wygląda, jak jest schowany, ile można zobaczyć, a ile trzeba się domyśleć.
         Dla zwykłego chłopa mało ważna jest fryzura, krój sukni, buty, liczą się cyce, no jeszcze, w drugiej kolejności,  może nogi i biodra. Owszem ładna twarz, dla niektórych inteligencja, też ma swoją wartość. Znane są nieżadko przypadki, że przystojniak szedł do łóżka ( lub w krzaki) z głupią brzydulą tylko dlatego, że miała duży biust i na czym siedzieć.
         Oczywiście ta piękna połowa ludzkości doskonale wie o tej przypadłości chłopów. Najgłupszej dziewczyny, na dawnej wsi, nie trzeba było uczyć, ona wiedziała instynktownie jak demonstrować biust i poruszać tyłkiem żeby zwabić samca.
        Z tym demonstrowaniem biustu było różnie w historii. W średniowieczu  piękność powinna być blada i paska. Potem przyszła moda na gorsety. Łamano nawet żebra dziewczętom żeby były cieknie w tali. Kobiety przeżywały katusze w tych gorsetach. Można się tylko pocieszyć, że w Europie nie krępowano dziewczynkom nóg tak jak w Chinach.
      Pierwszy biustonosz wyprodukowano w Anglii w roku 1866, a potem były miliony coraz to doskonalszych konstrukcji. Wiek XX przyniósł modę na duży biust, a takie seks bomby jak Gina Lollobrigida, Marilyn Monroe, czy nasza Kalina Jędrusik biły rekordy popularności. Od lat pięćdziesiątych weszło w modę powiększanie biustów. Za optymalny uważa się rozmiar C. Kobietom uprawiającym sport biust najczęściej przeszkadza, ale potrafią sobie z tym poradzić.                                   
       Dzisiejszym paniom, z pierwszych stron kolorowych czasopism, masy mogą wybaczyć brak talentu lub rozumu, ale brak  wielkiego biustu – nigdy. Za przykład niech posłuży znana nasza piosenkarka pani D…  
      Dla przeciętnej kobiety, jednym ze stałych problemów, jest pytanie jak maksymalnie schować piersi, w taki sposób aby je było maksymalnie widać. Oczywiście  wiedzą doskonale jak biust działa na chłopów i tylko udają, że to im
przeszkadza albo jest krępujące. Nawet najwierniejsze żony, łącznie z tymi pobożnymi, w duchu cieszą się gdy podziwiany jest ich biust, a szczególnie gdy amator na niego stara się o względy takiej paniusi.
         Na podstawie tego co dotychczas powiedziano ciężar biustu może być  wielki nie tylko dosłownie, ale także w swej seksownej roli ciąży istotnie na doli i niedoli pań i panów.
         Inż. Jan Kowalski, budowniczy mostów, lat 53, przekonany, że wszystko można zmierzyć lub zważyć, kiedy kolejny raz usłyszał od żony, że znów powiększyły się jej piersi, zdecydował: - Zważymy je dzisiaj, a potem będziemy je ważyć co pół roku.
        - Jakim cudem, ty chyba oszalałeś chcesz mi uciąć cycki? – Wykrzyczała Kasia, żona Jana.
        - Ależ skąd, moja droga, uwielbiam twoje, jak mówisz cycki, mógłbym je pieścić godzinami, jak dobrze wiesz i nie skrzywdził bym je za żadne pieniądze. Kiedy braliśmy ślub ważyłaś 56 kg, dziś masz 68 i cieszę się gdy mówisz, że wszystko idzie w biust. Już się biorę do roboty.
           Poszedł Jan do łazienki, w brodziku pod prysznicowym ustawił taboret, na nim płaską wagę, na wadze niedużą, ale głęboką miskę i wypełnił ją po brzegi wodą. Zapisał ciężar miski z wodą. Zawołał Kasię. –„ Ściągaj łachy i  zanurz lewy cyc.”  Kasia posłusznie zrobiła to co jej kazał. Woda z miski się  wylała. Jan tryumfalnie ogłosił: - Twój lewy cyc warzy 93 deko, całkiem dobrze.
         Kasia zadowolona, a nawet szczęśliwa powiedziała: - Wiesz co Jasiu, opowiem o tym naszym eksperymencie Helence, tej którą  nazywasz fałszywą przyjaciółką. Będę namawiała ją na ten eksperyment. Chcę zobaczyć jej minę, bo ona ma piersi wielkości sadzonych jajek.

wtorek, 16 lipca 2019

Humoreska nr 74 UDANA WYCIECZKA


                              Znalezione obrazy dla zapytania statek pasażerski sovereign


        -„ Porozmawiam z kelnerami.” – Powiedział Julek kiedy wychodzili z obszernej jadalni po wytwornym i smakowitym obiedzie.
        - „Ciekawe po jakiemu?” – Zapytała jego żona Weronika.
      On, niezrażony, podszedł do wyjścia, gdzie stało dwóch facetów w pięknych uniformach, gotowych podprowadzić przybywających do wolnego stołu lub służyć w inny sposób. Podniósł palec do góry, żeby zwrócili na niego uwagę. Pogłaskał się po brzuchu i podniesioną ręką na wysokość nosa wykonał poziomy ruch. Zrozumieli natychmiast, że obiad był dobry i obfity. Zaśmiewali się i Juleczek też.
       To był trzeci dzień wycieczki, naszych bohaterów, statkiem Sovereing po morzu Śródziemnym. Zdążyli już zapoznać się z jego 14-stoma pokładami. Wiedzieli gdzie są: bary, restauracje, dancingi, teatr, biblioteka, baseny i inne wspaniałości. Byli zachwyceni: luksusem, wspaniałą obsługą, dostępnym o każdej porze smacznym jedzeniem, wielkim wyborem drinków i nieskazitelną czystością.
       Dodatkową radością dla nich było to, że zaprzyjaźnili się z bardzo miłą i inteligentną rodziną na którą składało się: starsi państwo, ich córka i zięć oraz wnuk Kuba. Razem jedli posiłki, pili kawę, koktajle i drinki. Julek  opowiadał towarzystwu niezliczoną ilość dowcipów, więc atmosfera była mila i wesoła.
       Z założenia statek pływał nocą, a w dzień stał w porcie w kolejnych miastach. W taki sposób zwiedzili: Barcelonę, Neapol, Pompeje, Nicee, Rzym, Pizę i Monako.  Weronika zachwycała się: błękitem morza, architekturą, zabytkami, niewyobrażalnym bogactwem i egzotyczną przyrodą.  Przy każdej okazji powtarzała, że zobaczyć w oryginale to nie to samo co na zdjęciach, a inni jej wtórowali.
      Na Julku największe wrażenie zrobił FORUM ROMANUM. W szkole średniej uczyli go łaciny, więc od razu nucił: -„Gałdeamus igitur…”.potem recytował-„Aurea prima sata est etas…” czyli – Złoty był ów pierwszy wiek… (Owidiusza), co nie wzbudziło wśród słuchających zachwytu. Za to zyskał uznanie gdy zacytował –„ Inter pedes puellarum est voluptas puerorum.” A przetłumaczył to tak:- „Przyjemność chłopców znajduje się między nogami dziewcząt.”
      Julek od zawsze lubił żartować i zaskakiwać znajomych i nieznajomych. Czekając na autobus podszedł do pary wycieczkowiczów i zaczął grzecznie: Przepraszam panią, czy mogę o coś zapytać? Proszę – odpowiedziała. – Proszę Pani czy ja jestem pierwszy, który zauważył, że Pani jest piękną kobietą? Nie – odpowiedziała z uśmiechem, przed panem był mój mąż. Na to Włodziu: -No tak, od razu wydał mi się niezwykle bystry. Zrobiło się miło, a ten Pan w następne dni kłaniał się z daleka Julkowi.
       Wszyscy zachwycali się bogactwem i przepychem kasyna gry w Monte Carlo. W porcie stały niezliczone, ogromne jachty, a na ulicach wypasione limuzyny. Bogactwo wychodziło z każdego miejsca. Dochodziła 12-sta, więc wycieczka miała okazję zobaczyć zmianę warty przed zamkiem Książąt. Nadeszła orkiestra z całą armią Księstwa, uzbrojona (po zęby) w archaiczne karabiny, razem (liczyłem) 21 chłopa.
       Całe towarzystwo stało na pokładzie gdy statek wypływał z portu. Minął falochrony i skierował się na północ. Ola, piękna kobieta, po trzydziestce sądząc po wzroście jej syna, a wyglądająca jak przerośnięta maturzystka, prawie wrzasnęła: - „Popatrzcie jaki cudowny zachód słońca.” Wtedy Julek zaczął deklamować:
                    „ Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,
                      Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,
                      Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze
                     Gospodarza…”
      Przerwała mu Matka Oli: - „Pan Tadeusz, księga 1, Gospodarstwo. Zawsze  uwielbiałam i uwielbiam taką poezję.” - Miło być w towarzystwie o podobnych zainteresowaniach – wtrącił Julek.
      „ Szkoda tylko, że już jutro nasza przygoda kończy się.” – Zauważył Ojciec Oli.
      „ A ja jestem szczęśliwa, tyle zobaczyłam, tyle przeżyłam, takie luksusy i w dodatku wspaniałe towarzystwo. Jako wegetarianka nie miałam żadnych trudności w doborze moich ulubionych smakołyków. Jestem bardzo wdzięczna mojemu mężowi za znalezienie tej wycieczki.”  Powiedziała, swoim miłym głosem Weronika.
      Największy gaduła Julek nie wytrzymał i oznajmił: - „Bogactwo, zabytki, historia, luksus niby wspaniałe jedzenie, ale schabowego z kapustą nie było.”
                                                                                                                                               lipiec 2019r.





         

niedziela, 2 czerwca 2019

Humoreska nr 73 OKNO BEZ HACZYKA

Znalezione obrazy dla zapytania rodzaje okien


              - Ty oczywiście nie pamiętasz, że za tydzień, w środę, będzie nasza sześćdziesiąta rocznica ślubu.
          - Od tego jesteś Ty, masz dobrą pamięć szczególnie do niepotrzebnych rzeczy, a już o swoich rzekomych krzywdach to nigdy nie zapomnisz.
      -  Wiesz co Ci powiem Stary – Ty już zupełnie stetryczałeś, zawsze byłeś marudny, ale ostatnio jesteś nie do wytrzymania. To co będzie z tą rocznicą?
       -  Uczcimy ją minutą ciszy!
      -  Wstydził byś się chrzanić takie farmazony. Jak zwykle wszystko na mojej głowie. Spodziewałam się tego po Tobie. Rozmawiałam z Kasią. Na jedynej mojej córuni zawsze mogę polegać. Ty oczywiście nie wiesz ile osób ma nasza rodzina, to ja Ci wyliczę: chyba jeszcze pamiętasz, że mamy dwóch synów i Kasię, ich małżonkowie i siedmioro wnucząt to 13 osób. Dodać trzeba te troje cudownych prawnucząt i nas dwoje to razem 18.
       -  Nie będę sobie urabiała rąk, a do tego u nas byłaby wielka ciasnota. Oczywiście żadna synowa nie pali się do robienia imprezy u siebie. Twoja duma, najstarszy syn Jacek, załatwi co trzeba w restauracji „Siwy dym”. Mam trochę grosza, więc pomyślałam, że raz na 60 lat stać nas na taki wyskok. Wnuki i prawnuki będą lepiej nas pamiętały. 
         - To powiadasz, że to już 60 lat? Boże kiedy to minęło? Nic tak dobrze nie pamiętam jak to kiedy wchodziłem do Twojego pokoju, w nocy gdy wszyscy spali, przez okno. Okno nie miało haczyka, wystarczyło je lekko podważyć i już było otwarte. Ty udawałaś, że śpisz. Dopiero gdy byłem u Ciebie pod pierzyną dziwiłaś się skąd ja tu jestem. Pomyśleć, gdyby nie brak haczyka, a potem Twoja ciąża, to byś była dziś starą panną.
       - Widzicie go ludzie jaki mądrala się znalazł. Wszyscy kawalerzy we wsi za mną latali, a najwięcej Józek Rochna. I nie był gołodupiec taki jak Ty. Miał 15 ha dobrej ziemi, to było coś. Wyszłam za Ciebie bo byłam zakochana i w ciąży, a ponadto chciałam mieszkać w mieście. Myślałam, że tam będzie raj. Pamiętasz, mieszkaliśmy w takiej wynajętej klitce. Ja opiekowałam się Jackiem, a Ty zarabiałeś grosze. Gdyby mi Matka nie przywoziła jedzenia to byśmy głodowali.
       - Nie było tak źle, przecież zarabiałem dobre pieniądze.
    - Mój drogi, gdybym nie zmusiła Cię do skończenia kursu spawania w osłonie argonu, a potem zrobienia matury to byś do końca życia był zwykłym robolem. To dzięki mnie zostałeś kierownikiem spawalni w „Metalowcu” i zyskałeś szacunek u ludzi.
      -  Ja Ci nie wypominam, że bawiłem dzieci gdy Ty studiowałaś na WSP.
      - Ale dzięki temu zostałam kierowniczka przedszkola i wtedy skończyła się bieda. Stać nas było na dużego fiata. A Ty pękałeś z dumy gdy pojechaliśmy na wieś samochodem.
      - Bo było z czego. Ja pierwszy z całej wsi miałem samochód, a Ty o niczym innym nie myślałaś tylko o strojach. Ciekawe dla kogoś się tak stroiłaś? Ilu miałaś kochanków?
      - Nie wiedziałeś, nie wiesz i nigdy się nie dowiesz. Mówisz, że ja się stroiłam, ale byłam damą i ludzie oglądali się za mną. A Ty miałeś kochanki? Na pewno nie, bo ja bym to wywęszyła. Owszem lubiłeś gapić się na cycki i do dzisiaj Ci  to pozostało, chociaż nie wiem już po co. Było minęło, ważne, że nasze dzieci wyszły na ludzi, pokończyły studia.       
     - Najwięcej martwiłam się o Marcina. Zawsze był safandułą, taki jak Ty,  był moment, że myślałam – skończy jak alkoholik. Chyba odziedziczył te skłonności po moim Dziadku. Na szczęście znalazł to Helusie, a właściwie to ona go znalazła i zaprowadziła do ołtarza. Nieraz dziwię się jak taka mała kobietka potrafi ujarzmić takiego wielkiego chłopa. Widzę, że ten Marcin nie puści bąka jak mu Helusia nie pozwoli.
      - Dzieci, wnuki, to teraz nie moje zmartwienie. Martwię się o Ciebie. Skończyłeś Stachu 83 lata i z każdym tygodniem jest co raz gorzej. Nic nie pamiętasz, o wszystkim zapominasz. Jak w zeszłym tygodniu posłałam Cię po zakupy, oczywiście z kartką gdzie było wypisane co i ile masz kupić, to Ty wróciłeś po godzinie z tryumfalną miną i oświadczyłeś mi, że odbyłeś taki spacer jak Ci nakazałam. Po zakupy poszłam sama.
       - Ale Twoje okno bez haczyka pamiętam bardzo dobrze. Pamiętam jak się tuliłaś. Pamiętam waszego duże psa, miał na imię Burek, na wszystkich szczekał, a mię lizał po rękach. Pamiętam jak obroniłem Cię gdy Twój Ojciec chciał Cię uderzyć, gdy powiedziałaś Mu, że jesteś w ciąży. Pamiętam jak na naszym weselu poszliśmy, w nocy, na strych, pokochać się i zaraz na wstępie zarwało się łóżko bo Twój braciszek ze swoimi kumplami podminowali je. Jak ryczeli ze śmiech, w drugim końcu strychu, gdy zrobił się rumor.
       - No dobrze już dobrze, mój bohaterze, a czy pamiętasz jak ma na imię nasza najmłodsza prawnuczka?
       - Oczywiście – Kasia!
       - Mój drogi, Kasia to Twoja córka, a ta cudowna kruszynka to Zosia.
     - Jutro pójdziemy kupić Ci koszulę i krawat, żebyś wyglądał przyzwoicie na tej naszej   uroczystości. Pójdziesz też do fryzjera, chyba trafisz?
       - Oczywiście, że trafię.
       - Na dziś starczy tego gadania, szykuj się do spania, a ja trochę posprzątam.
                                                    …………………………
       - Stasiu, a lekarstwa wziąłeś?
       - Wziąłem.
       - Stasiu, a drzwi zamknąłeś?
       - Zamknąłem.
       -Stasiu, a zęby umyłeś?
       - Umyłem i Twoje też…