Dowcipy

niedziela, 20 marca 2022

Humoreska nr. 106 GATA

   

               

               

                                                         G A F A    

          Misia i Jurek poznali się i pokochali na studiach. Po uzyskaniu dyplomów w !961 roku pobrali się. Na skromnym weselu wuj Misi podarował im znaczną sumę pieniędzy stawiając jednocześnie warunek, że te pieniądze mają wydać na wycieczkę w Tatry. Sam był entuzjastą gór i co roku tam jeździł. Poradził im żeby zamieszkali w schronisku na Hali Kondratowej. Pojechali.

        Żadne z nich wcześniej nie było w Zakopanym, więc wszystko było dla nich nowe. Polecone Schronisko okazało się wielkim drewnianym budynkiem. Na parterze była kuchnia, jadalnia i pomieszczenia gospodarcze. Pietro zajmowało mniejsze i większe pokoje dla gości. Ogromny strych był wyłożony materacami i tam spali, w swoich śpiworach, niezamożni goście, Misia i Jurek też. Woda była doprowadzona ze strumienia, której ujęcie znajdowało się dwadzieścia metrów powyżej Schroniska. Rurą, pod wpływem grawitacji była rozprowadzona po całym budynku. Ubikacji nie było. Za to kilkanaście metrów od schodów, pośród pięknych świerków stała drewniana wygódka. Składała się z trzech kabin. Do każdej prowadziły drzwi, oczywiście z pięknie wyciętym serduszkiem i dwoma haczykami z zewnątrz i wewnątrz.

       Te wszystkie szczegóły budowli obejrzał Jurek zaraz pierwszego dnia jako świeżo upieczony inżynier budownictwa.

       Drugiego dnia  przy obiedzie do ich stolika dosiadło się małżeństwo. Gabriela i Maciej byli rok po ślubie, też po studiach. Od razu małżeństwa przypadły sobie do gustu. Ponieważ tamci byli tu już od tygodnia udzielali naszym bohaterom rad jak i gdzie się wybrać. Od tego czasu  często się spotykali lub chodzili na wspólne wycieczki. Szczególnie Gabrysia okazała się miłą i uczynną osobą.

       Piątego dnia pobytu, po południu  Misia z Jurkiem wybrali się na Kasprowy Wierch. W drodze powrotnej Jurek poczuł rewolucję w brzuchu. Kiedy byli ze sto metrów od Schroniska, powiedział do Misi: idź powoli bo ja muszę biec do wygódki. W biegu rozpiął spodnie i trzymał je w ręce. Dwie wygódki były otwarte, a trzecia była zamknięta na haczyk. Podciął go i tyłem wskoczył. Poczuł kogoś pod sobą i jednocześnie usłyszał krzyk. Zerwał się jak oparzony. Okazało się, że tam siedziała Gabrysia. Przeprosinom nie było końca. Wszystkiemu był winien Maciek. Miał za zadanie pilnować żeby Gabrysi nikt nie przeszkodził. Znudziło  mu się czekanie, zamkną żonę na haczyk i poszedł kilka kroków dalej, między świerki, oglądać zachód słońca. 

       Nadeszła Misia, gdy opowiedziano jej co się stało, powiedziała do Jurka: - Nie przypuszczałam, że możesz strzelić taką gafę.  

                                                                                               Piaseczno 13. 03. 2022 rok  

środa, 9 marca 2022

HUMORESKA nr. 105 SUPER NOS

   

                            

            

                                                                    SUPER  NOS

                Może ten dzisiejszy dzień będzie dla mnie przełomowy – pomyślał Marcin, gdy położył się spać. Skończył dziś 30 lat, zaskoczyła go cudownie Sabinka i na koniec ubawiła go Róża.

               Często myślał, że ma całe życie „pod górę”. Urodził się w powiatowym mieście w biednej rodzinie. Ojciec pracował na kolei, był alkoholikiem i najczęściej przepijał to co zarobił. Matka była sprzątaczką w szkole i zarabiała  grosze. Miał dwie młodsze siostry. W domu była ustawiczna bieda. Nieraz widział, że Matka nie ma co do garnka włożyć. Skończył technikum budowlane i chętnie by poszedł na studia, ale czuł, że musi pomóc Matce, którą bardzo kochał.

             Już na drugi dzień, po otrzymaniu świadectwa poszedł do pracy z postanowieniem, że 2/3 pensji będzie oddawał Matce, żeby coś mogła kupić dla siebie i dziewczynek.

             Na początku lipca spotkał kolegę Sławka. Ten usilnie namawiał go żeby przyszedł w sobotę do Zalewskich na Klonowej bo tam organizują prywatkę. Poszedł. W wielkiej willi bogatych Zalewskich zastał trzech kolegów i cztery dziewczyny. Była dyskoteka, żarcie i wino. Około dwunastej parki poznikały w pokojach. On został z Rozalią. Kazała nazywać się Różą. Usiedli na kanapie. Ładna nie była, ale biust miała wspaniały. Nie broniła się, wręcz odwrotnie, była aktywna. Została jego pierwszą kobietą. Nie wyszło mu to dobrze. Nawet nie był pewien czy była dziewicą czy nie.

            Od tego czasu spotykali się codziennie. Robiła to co chciał, nawet chodziła z nim na ryby bo te łowił od dziecka. Wtedy go zaskoczyła – miała nadzwyczajny węch. Potrafiła z zamkniętymi oczyma odgadnąć z odległości jednego metra jaki rodzaj ryby wisi na haczyku. Opowiadała jak pachną drzewa, kwiaty i trawa w różnych porach roku. Chodzili też na grzyby. Ona zbierała znacznie więcej od niego. Nie wiedział czy więcej widzi czy więcej wyczuwa.

           Kochali się po kilka razy dziennie – w trawie, w mchu i na stojąco pod drzewem. Wtedy był pewien, że kocha Róże nad życie. Ona była jedynaczką, mieszkała z Matką, która pracowała w hucie szkła na trzy zmiany. Było to dla nich wygodne.

            Pod koniec listopada nastąpiła katastrofa. Róża zakomunikowała swojemu kochasiowi, że jest w ciąży i chce żeby wzięli jak najszybciej ślub.  O aborcji nie chciała słuchać

             Marcin jakby się obudził. Był wściekły na siebie. Przecież mógł to przewidzieć. Zrozpaczony poszedł do Matki  po radę. Powiedziała mu: szkoda mi cię synku, jesteś taki młody, ale naważyłeś piwa więc musisz je wypić.     

             Wesele było bardzo skromne. Zamieszkali u Róży razem z jej matką. Matka traktowała Marcina „ z góry”. Uważała, że jej córunia zasłużyła na kogoś lepszego. Róża też zmieniła się nie do poznania, już nie była posłuszną owieczką, ale hardą wilczycą. Porzuciła pracę urzędniczki gdzie była zatrudniona przed ślubem. Na okrągło rozczulała się nad swoją ciążą. W domu nic nie robiła, czekała aż Matka przyjdzie i posprząta. Próbowała Marcina rozliczać z każdej złotówki i z każdej minuty. Zanim urodziło się dziecko Marcin miał już dość tak żony jak i teściowej. Muszę mieć własne mieszkanie – kołatało mu w głowie.

           Po pracy w firmie brał różne fuchy: był hydraulikiem, malarzem, murarzem i wszędzie tam gdzie płacili. Składał grosz do grosza na oddzielne konto, ale do swojego mieszkania było ciągle daleko. I zdarzył się cud. Koledzy powiedzieli mu, że jest do kupienia, za małe pieniądze, rudera z działką. Obejrzał to cudo ze swoim szefem, inżynierem. Doszli do wniosku, że mury są w dobrym stanie, a resztek sam zrobi. Kupił. Koledzy pomogli i do zimy dom był pod dachem.

         W 14 miesięcy po urodzeniu się Agnieszki, Róża urodziła Kasie. W domu atmosfera była ciągle okropna. Żalom i pretensjom nie było końca tak od żony jak i teściowej. Szczególnie gdy Marcin wpił coś na budowie z kolegami, Róża to wywąchała już w przedpokoju i zaczynało się… Został też odstawiony od łoża. Róża tłumaczyła to obniżoną macicą i tym, że zawsze czymś śmierdzi.

        Niczym nie zrażony pracował i do jesieni jego dom był gotów do zamieszkania. W uporządkowanym ogródku zdążył posadzić kilka drzew owocowych.

        Przeprowadzili się. Teściowej nic nie podobało się w nowym domu. Marcin zdobył się na odwagę i wygarnął jej, że dom budował dla siebie i jak się Jej nie podoba to może nie przychodzić. Przychodziła, aby córuni posprzątać. Ta uwielbiała jeść, leżeć i oglądać seriale. Nic przeto dziwnego, że ciągle tyła, doszła do 100kg i wkrótce je przekroczyła.

       Setki razy myślał Marcin o rozwodzie. Szkoda było mu córeczek. Najpierw były takie maleńkie, a potem takie piękne i rozkoszne. Wszyscy mówili, że są podobne do niego. Dobrze się czuł jedynie jak łowił ryby. Jak dziewczynki podrosły zabierał je z sobą nad wodę. Było wesoło i przyjemnie.

       A z to Sabinką to było tak. Pod koniec dnia pracy poszedł do dyrektora firmy zdać relacje o przebiegu prac. Sabinka - piękna, dystyngowana, zawsze elegancko ubrana, rozwódka, była kierowniczką sekretariatu – wyszła razem z nim. W windzie zaproponował jej, nieśmiało, pójście do kawiarni. Zgodziła się ku jego radości. Po pół godzinie orzekła, że tu jest nudno, a w domu ma dobre ciasto. Był zachwycony czystością, ładem i elegancją jej mieszkania.

      Miło im się rozmawiało, mieli podobne zainteresowania. Pili wino, a potem jakoś tak wyszło, że znaleźli się w wygodnym łożu.

      Była już dwudziesta pierwsza gdy Marcin wracał do domu. Myślał, o tym że Sabinka używa intensywnych perfum to na pewno Róża wyczuje kobietę i będzie potworna awantura. Szedł powoli i wyrosło przed nim „pogotowie alkoholowe”.

Kupił „małpkę”. Wyszedł, ¾ wypił, a resztą spryskał ubranie i pomyślał: - Niech się dzieje co chcę.

    Jeszcze nie zdążył zamknąć za sobą drzwi, a już Róża stała w przedpokoju z wyciągniętym nosem i po chwili wrzeszczała: - Ty pijusie myślisz, że jak się poperfumujesz, to ja nie odgadnę, że znów chlałeś !!!

                                     

                                                                                       Piaseczno 23.12.2021r.        

środa, 16 lutego 2022

Humoreska nr. 104 RATUNEK NA DWORCU

     

                                      

                                                                                                                                      

                                                                                              

                                                      RATUNEK  NA  DWORCU

           Oj Dziadku, mówisz, że przez te 60- 70 lat wszystko się w Polsce zmieniło. Na pewno nie wszystko. Przecież wtedy też ludzie rodzili się i umierali, kochali się i nienawidzili, mieli z pewnością marzenia, jedni byli porządni, a inni kanalie.

          Masz całkowitą rację Grażynko, ale wtedy ludzie żyli w zupełnie innych warunkach, a te powodowały określone zachowania. Pierwszy przykład z brzegu – władza chciała żeby ludzie nie chodzili do kościoła to chodzili masowo odwrotnie jak dzisiaj. Ulica też była inna niż dzisiaj, bardziej szara, źle ubrana. Zawsze można było spotkać kalekę bez ręki lub nogi, zabiedzonych, garbatych lub zezowatych. O tych ostatnich mówiono: -„ Jeden głaz na Kaukaz drugie oko na Maroko.” Czy dzisiaj spotkasz zezowatego? To wszystko były skutki wojny, biedy i ogromnej migracji powojennej, mieszania się kultur i nawyków.  

        Jesteś studentką Grażynko, uczysz się, z czego bardzo się cieszę. Wtedy też ludzie garneli się do wiedzy, szczególnie młodzi. Czy Ty wiesz, że po wojnie był powszechny analfabetyzm? Można mówić różne rzeczy o PRL, ale stworzono warunki dla wszystkich chętnych do awansu społecznego, czego jak dobrze wiesz, przykładem jest twój Dziadek.

      W tamtych czasach wielu rzeczy powszechnego użytku brakowało, a także mieszkań. Humor Polaków nigdy nie opuszczał np. śpiewali tak: ” - Na lewo sklep na prawo sklep, a  w środku dekoracja, tu niema nic tam niema nic, tak rządzi demokracja.”

        Państwo budowało w miastach cale osiedla. Mieszkań nie kupowało się tylko dostawało. Szczęśliwcy, którzy otrzymali własny kąt, nie narzekali chociaż był niewielki,  a ściany często krzywe, a na podłodze linoleum. Kupowali na raty tapczan, potem regał na całą ścianę w największym pokoju. A kiedy dorabiali się telewizora czarno-białego to już był prawdziwy luksus.

          Byłem wtedy kierownikiem biura konstrukcyjnego. Pracowała u mnie taka Tereska na stanowisku kreślarki. Miała dwie córeczki i męża Franka, opowiadała o nim, że to dobry człowiek tylko taki „fajtłapa” co  gwoździa w ścianek nie wbije. Kiedyś zapytała mnie czy nie znam jakiegoś  hydraulika, który by naprawił jej spłuczkę nad sedesem bo ciągle woda leci. Powiedziałem jej, że to banalna sprawa – wystarczy przeczyścić żeliwny zbiornik wiszący ze dwa metry nad sedesem i będzie po bólu. Z pewnością zrobi to jej mąż.

      Na drugi dzień przyszła do pracy Tereska zupełnie załamana. Opowiedziała, że jak Franek czyścił spłuczkę to ta spadła i rozbiła kompletnie sedes. Tragedia! Dziś cała rodzina z potrzebą biegała na dworzec. Na szczęście niedaleki. Już wie od sąsiada, że w całym mieście nigdzie sedesu nie kupi i w admiracji mieszkaniowej też nie mają. Tragedia. Ratunek tylko na dworcu. Jak długo?

      Tej rozmowie przysłuchiwał się nasz kierowca – Jurek, bardzo obrotny chłopak. Powiedział tak: „- Pani Teresko, jak mi Pani da pieniądze na dwie półlitrówki, to ja ten sedes zdobędę. Na ulicy Żołnierskiej wykańczają wieżowiec, myślę, że dogadam się z budowlańcami. Inaczej ratunek tylko na dworcu.” I zaśmiał się od ucha do ucha.

    Takie to były czasy Grażynko.

     Nie zmyślasz Dziadku?

     Ani trochę moja kochana.  

                                                                                                       Piaseczno 16. 02. 2022r.

        

czwartek, 20 stycznia 2022

Humoreska nr 103 PORZADEK MUSI BYĆ

 


                                            PORZĄDEK MUSI BYĆ

                           


    W 1978 roku, w czerwcu, w środę, major Czesław zwołał swoich przyjaciół, również majorów – Marka i Jana i oznajmił. W sobotę jedziemy na ryby, na jezioro Łańskie. Wrócimy w niedzielę wieczorem. Do tej wyprawy trzeba się odpowiednio przygotować – porządek musi być. Każdy otrzyma zadania i musi dobrze je wykonać. Porządek musi być. I dyscyplina ogólno wojskowa – dodał z uśmiechem Jan.

    Jako najstarszy wiekiem i stażem w stopniu majora przejmuję dowodzenie. Ja załatwię wjazd na teren Łańska, wypożyczenie łódki, namiot i duży materac, oraz baniak z wodą. Zawiozę Was swoją Skodą.

     Marka wyznaczam na głównego kwatermistrza. Nagotujesz gar swojego słynnego bigosu i zabierzesz wszystko inne w takiej ilości żebyśmy nie głodowali. O alkoholu nie wspomnę bo to dla każdego jest oczywiste co ma mieć ze sobą. Porządek musi być.

    I dyscyplina ogólno wojskowa – dodał zaraz Jan.

    Ty się nie wymądrzaj – ciągnął Czesław – zabierzesz butlę z gazem, naczynia, sztućce i kieliszki, a przede wszystkim nazbierasz rosówek. Zabierz też ze 30 pupek to w nocy zapolujemy na węgorza. W sobotę będziecie czekać na mój telefon. Planuję wyjazd około godziny szesnastej. Są pytania?

   Co z tym porządkiem do cholery – denerwował się Marek w sobotę – minęła piąta, a telefon milczy. Zadzwonił o pół do szóstej.

   Widzicie „rozkraczyła” mi się Skoda, musiałem pożyczyć „Malucha” od szwagra – tłumaczył się Czesław. Mieli ogromne trudności żeby załadować cały „majdan” do tej mikroskopijnej „fury”.

   Na bramie w Łańsku wartownik nie chciał ich wpuścić, bo miała być Skoda o piątej, a tu Maluch o szóstej. No cóż, w wojsku porządek musi być. Zanim Czesław dodzwonił się do odpowiedniego oficera zrobiła się siódma.

   Zatrzymali się na cudownej polance przy samym jeziorze. Czesław poszedł po łódkę, a Marek z Janem rozstawiali namiot i przygotowywali ognisko.

   Wypłynęli ze spinningami. Każdy złowił jednego szczupaka –równo – porządek musi być. Rozstawili pupy w zatoczce z grążelami. Czesław miał pretensje do Jana, że tak mało nazbierał rosówek. Jan mówił, że musiały pouciekać w tej ciasnocie w samochodzie.

   Kiedy rozpalili ognisko i zagrzał się bigos zrobiło się już prawie ciemno. Ucztowali do późna. Bigos i pieczone na ognisku kiełbaski stanowiły doskonałą zakąskę. Nie wiadomo kiedy dwie butelki zostały opróżnione.

   Dochodziła dwunasta. Czesław zarządził spanie bo porządek musi być i dyscyplina ogólno woskowa – dodał Jan słaniając się na nogach.

   Wstali razem ze słońcem. Głowy rozsadzał ból. Marek grzał bigos. Leczyli się maślanką. Jan doszedł do wniosku, że najlepszym lekarstwem będzie po poł szklanki czystej. Pomogło.

   Pierwszą michę bigosu dostał dowódca – Czesław. Zjadł ze dwie łyżki i potwornie zaklął o kur…a.  W tym bigosie są gotowane rosówki – wykrzyknął! Podbiegł do najbliższej sosny, oparł się, jego ciałem wstrząsały torsje.

   Marek ze spokojem powiedział: - W tej ciasnocie powłaziły do garnka, jak mogłem to zauważyć po ciemku. No cóż są rosówki to są i wymioty – porządek musi być.

                                                                                                    

Humoreska nr 102 INŻYNIER

 


                                 


                          I N Ż Y N I E R

       Grabowscy należeli do najbogatszych we wsi. Mieli 15 ha i duże budynki gospodarcze, a ich dom, chociaż parterowy, był największy w  okolicy. Mieli dwoje dzieci: -Zosię i o trzy lata młodszego Stasia.

       Staś wyróżniał się spośród rówieśników nieustannym zainteresowaniem wszelkimi urządzeniami technicznymi. Już w wieku 6 lat kilkakrotnie rozbierał i składał maszynkę do mielenia mięsa. Później fascynowała go konna młockarnia i wialnia z napędem ręcznym. Chodził do kuźni i podziwiał prace kowala i łatwość z jaką kowal kształtował przecież twardą stal. Wpraszał się do stolarza i prowadził z nim dyskusję na temat czopowania. Chętnie naprawiał różne psujące się rzeczy w gospodarstwie, a już skakał z radości kiedy mógł z ojcem stawiać drewniany płot w wokół całego gospodarstwa.

       Ogromnym przeżyciem dla Stasia była szkolna wycieczka do Krakowa i Nowe Huty. Nie zrobił na nim wrażenia Wawel, ani Kościół Mariacki. Podziwiał wielkie piece w Nowej Hucie, wytapiające surówkę stali i walcownie gdzie w mgnieniu oka ogromne slaby zmieniały się w długie arkusze blachy. Ciężko było mu uwierzyć, że fabryka może być tak duża, że ktoś to zaprojektował i zbudował.

        W szóstej klasie ogłosił wszystkim, że jak dorośnie będzie inżynierem budowniczym mostów i dużych hal fabrycznych i sportowych. Od tego czasu przestał być Stasiem, koledzy nazywali go inżynierem. Nie przeszkadzała mu ta ksywa.

       Egzamin do liceum ogólnokształcącego zdał na celująco i został przyjęty bez szans na stypendium i miejsce w internacie jako syn kułaka. Nie przejął się tym. Z trzech złomowanych rowerów zmajstrował jeden i postanowił nim codziennie dojeżdżać do szkoły odległej o 8 km. Już w pierwszej klasie został prymusem. Bez entuzjazmu czytał nakazane lektury, ale fascynowała go historia wynalazków i inne książki o maszynach i budowlach. Całkowicie pochłonął go dorobek naukowy Konstantego Ciołkowskiego, rosyjskiego uczonego polskiego pochodzenia, a w szczególności teoria ruch rakiet wielostopniowych zdolnych do lotów kosmicznych.

        Staś przerastając swoją wiedzą, o głowę, swoich rówieśników nie przestał być pogodnym i skłonnym do żartów i psot chłopcem. W wakacje Stasia, na rok przed jego maturą, jego siostra Zosia wychodziła za mąż, za Tadeusza miejscowego kawalera z przyzwoitej rodziny. Wesele miało być huczne na całą wieś w wielkim domu Grabowskich.

       Nasz bohater długo zastanawiał się jakiego psikusa wyrządzić młodej parze na weselu. Zauważył, że Zosia z Tadkiem, w różnych chwilach gdzieś znikają. Wyśledził ich. Tym miejscem był strych. Stało tam, od niepamiętnych czasów wielkie, metalowe, białe łózko ze śladami niedawnego korzystania z niego. Staś miał plan!

      Przyjęcie odbywało się w dwóch izbach, stoły uginały się od jadła i picia. W trzeciej izbie, największej, grała kapela i odbywały się tańce. Staś wiedział, że około 12-stej  w nocy będzie przerwa w graniu, a muzycy będą się posilać jadłem i napitkami. Wcześniej zabrał swojego kolegę Romka i niepostrzeżenie poszli na strych. Tam Romek trzymał latarkę i to co mu kazał Staś. On przy pomocy drutu tak spreparował to wielkie łoże, że ledwie stało, ale stało. Był pewien, że jego figiel uda się, bo łoże było zasłane świeżą pachnąco pościelą.

      Muzycy jedli i pili. Chłopi palili papierosy. Część gości rozchodziła się do domów bo już tracili przytomność z przepicia. W tym czasie nastąpił potężny rumor gdzieś nad głowami. Część ludzi myślała, że uderzył w dom piorun, ale przecież burzy nie było. Gospodarz popędził na strych, a zanim jeszcze kilka osób. Przy niewielkiej lampie zobaczyli jak „Młodzi”, pół nadzy, gramolą się z rozwalonego łóżka. Zaskoczeni i przerażeni szybko ochłonęli i zaczęli się śmiać. W krótce cała wieś się śmiała z Tatka. .Opowiadano, że z niego taki chojrak w miłości, że nawet żelazne łoże nie wytrzymało.

        Tadek domyślił się kto go tak urządził, ale cenił nowego szwagra, więc wypili po kieliszku na zgodę.

 

środa, 19 stycznia 2022

Humoreska nr 101 PSZCZOŁY, MIÓD I MIODÓWKA

 

                       



       


                            

                                PSZCZOŁY, MIÓD I  MIODÓWKA 

      Od niepamiętnych czasów ma Mazowszu ludzie powtarzali: „Kto ma pszczoły ten ma miód, kto ma dzieci ten ma smród.”

       Kiedy w grudniu 1925r. zmarł Antoni, ojciec Czesława, miał on wtedy 18 lat i nie wiele środków do życia. Razem z matką Walerią i trzema siostrami posiadali dom, zabudowania gospodarcze i pół hektara sadu. W tym sadzie stało 13 koszek z pszczołami i cztery spróchniałe barcie. Siostry Czesława nie paliły się do tych pszczół, więc on postanowił, że na poważnie zajmie się pszczelarstwem.

       Matka Czesława, jako rozsądna kobieta, była zadowolona z tej decyzji. Ona pochodziła ze szlachty zagrodowej i jak głosi wieść rodzinna została wygrana w karty przez Antoniego. Urodziła mu 12 dzieci z tego tylko czworo dożyło dojrzałości.

       Czesław szukał wiadomości o nowoczesnym pszczelarstwie w książkach. Szybko doszedł do wniosku, że koszki i barcie to przeżytek. Przyszłość to ule. Po namyśle wybrał typ ula o nazwie – warszawski poszerzany. M. in. dlatego, że był tani i nie trudny w wykonaniu. Do jego produkcji wystarczyły deski, nie koniecznie nowe, słoma i papa.

       Razem ze swoim kuzynem Stefanem, stolarzem, do wiosny zrobili 8 uli. Praca przy tej konstrukcji była żmudna i ciężka, bo każdą deskę czy listewkę cięli i strugali ręcznie. Wieczorami Czesław czytał. Fascynowała go niebywała mądrość pszczół, chociażby to że:  we wszystkich ulach  poszczególne komórki w plastrach miały takie same rozmiary z dokładnością do ułamka milimetra, potrafią orientować się w stronach świata nawet przy braku słońca, wiedzą kiedy wyhodować nową matkę i trutnie a potem je uśmiercić gdy spełnią swoją rolę, potrafią utrzymać odpowiednią temperaturę w ulu zimą i latem, przekazują sobie wiedzę w jakim kierunku i w jakiej odległości jest pożytek i wiele, wiele innych mądrości.

       Do wojny Czesław zdążył się ożenić z Moniką i spłodzić troje dzieci i miał już 32 ule zasiedlone pszczołami. Prowadził też wiejską zlewnię mleka i był księgowym i zaopatrzeniowcem w wiejskiej spółce. „Stanął na nogi”.

       Już jesienią 39 roku Niemcy powyrzucali we wsi ze swoich zagród najbogatszych gospodarzy, a na ich miejsce sprowadzili kilkanaście rodzin osadników. Ci czuli się panami świata. M. in. Polacy mieli obowiązek zdejmowania czapek przy spotkaniu i kłaniania się. Monika harowała codziennie u jednego z tych bambrów za ochłapy. Czesław dalej prowadził zlewnię mleka.

      Wiele młodych ludzi wywieźli na roboty do Niemiec. Niepokornych bili i zamykali do lagrów. Odebrali ludziom rowery i żarna, a w 42r. także kożuchy. W miarę upływu lat i ponoszonych klęsk na froncie osadnicy łagodnieli i przestali wymagać m.in. „czapkowania”.

       W maju 1944r. przyleciała do Czesława córka Stańka, żeby ratował jej ojca bo go aresztują żandarmi. Czesław był jedynym we wsi, który jako tako opanował język wroga. Zabrał do torby dwie butelki miodu i poszedł. Okazało się, że żandarmi nakryli rodzinę jak w chlewie ćwiartowali prosiaka. Za taki czyn był pewny Oświęcim. Czesław powiedział Niemcom, że dostaną po ćwierci wieprza, a on dołoży im po butelce miodu. Powiedział też, że we wsi ludzie nic nie powiedzą władzom. Żandarmi popatrzyli sobie długo w oczy, widocznie nie bardzo sobie ufali. Kiwnęli głowami i rozkuli Stańka.

        W styczniu 1945 roku przez wieś przetoczyło się kilka rzutów Armii Czerwonej. Pewnego dnia, kiedy Monika była sama w domu, dzieci powiedziały jej, że w pasiece grasuje rusek. Złapała miotłę i pobiegła. Wyzwoliciel obrzucił ją wyzwiskami i wystrzelił serię z PePeSZy nad jej głową. Ludzie powiedzieli jej , że trzy domy dalej jest jakiś lejtnant. Pobiegła, tłumaczyła jak mogła o co chodzi. Lejtnant, prawdopodobnie NKW-dzista, wziął pistolet do ręki i poszedł z Moniką do pszczelarza. Najpierw kazał mu rzucić broń, a potem kazał podnieść ręce do góry. Poprowadził go pod mur kamiennej szopy. Monika zrozumiała, że ma zamiar rozstrzelać go. Zaczęła go prosić żeby tego nie robił, że szkoda jest niewielka. Lejtnant wywodził, że Polacy to przyjaciele i nie wolno ich krzywdzić.

        Do tej sceny dołączył Czesław ze szklanką miodówki i podał ją porucznikowi.

Lejtnant powąchał zawartość i wypił duszkiem, poczym powiedział „Oczeń charoszaja”. Podszedł do „pszczelarza”, który ciągle stał z podniesionymi rękoma i zaczął go okładać pięściami po twarzy dotąd aż ten się przewrócił w śnieg.

        Czesław był bardzo zadowolony, że jego miodówka spotkała się z uznaniem u sojusznika. Miodówkę produkował sam. Recepta była prosta: pół szklanki miodu, 1,5 szklanki wody i pół litra spirytusu. Składniki należało dobrze wymieszać i odstawić co najmniej na dwa tygodnie. Towarzyszyła mu od młodości aż do śmierci. Przy jej pomocy otworzył wiele drzwi i pomogła mu załatwić, szczególnie w socjalizmie, wiele spraw nie do załatwienia.  

        Minęło wiele lat. Czesław miał zawsze pasiekę licząco około 60 roi. Wybudował własny dom, miał piękny sad, a w nim pszczoły. Dzieci wykształcił. Pozakładały własne rodziny. Syn, inżynier mieszkał ze swoją rodziną w Olsztynie. Pewnego dnia w latach siedemdziesiątych, Czesław zapowiedział, że odwiedzi syna, synową i wnuki. Rodzina przygotowywała się do godnego przyjęcia Ojca i Dziadka. Syn kupił w „Peweksie”, za ostatnie dolary, najlepszego „Napoleona”. Kiedy zasiedli do uroczystej kolacji i rozlał ten szlachetny trunek to Ojciec najpierw go powąchał następnie wypił i się skrzywił. Syn zapytał Go jak Mu smakował francuski koniak?

     Czesław po namyśle powiedział: -„Toć dobry, ale ja mam coś lepszego.” Wstał podszedł do swojej walizki i przyniósł pół litra miodówki.

          

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Hymoreska nr 100 M L E K O

      


                                           


                                                                     M L E K O

       Wincenty Ziemski urodził się, jako trzecie dziecko w komorniczej rodzinie w 1907 roku. Ukończył cztery odziały w wiejskiej szkole, a potem jeszcze trzy w gminnej jako prymus. Gdy miał 16 lat wuj ściągnął go do Francji, gdzie zaczął terminować  jako kowal i ślusarz. Do rodzinnej wsi powrócił na koniec 1937 roku ze znaczącą ilością gotówki.

       Kupił hektar ziemi, na skraju wsi i postawił najpierw kuźnię, a potem dom i oborę. Także wkrótce ożenił się z Leokadią od Krasków. Leosia, bo tak ją nazywał, miała wszystko co kobieta według niego mieć powinna za wyjątkiem bystrości. Tym się jednak nie przejmował do uważał, że żona nie jest od myślenia tylko do roboty. Do jej obowiązków należała się opieka nad krową, parą prosiaków, stadkiem kur, psem i kotem.

      Wicek bardzo szybko zasłynął we wsi i okolicy jako doskonały fachowiec. Podkuwał konie, wyrabiał zawiasy do drzwi i bram zwykłe i ozdobne, dorabiał klucze, naprawiał zamki i potrafił spawać co w tym czasie było tam ewenementem. Jednak najwięcej chwały zyskał gdy okuł drewniany wóz konny, który wykonał wiejski stelmach. Stalowe obręcze tak spasował na drewnianych kołach, że nie spadały pomimo, że nie były niczym przytwierdzone.

     Wiosną 1940 roku Niemcy wywieźli Wicka w nieznanym kierunku. Dopiero po roku przyszedł od niego list, w którym pisał, że pracuje w fabryce mechanicznej i niczego mu nie brakuje. Adresu zwrotnego nie było. Ten list przeczytał Leosi sąsiad, bo ona była niepiśmienna. Nad tym – niczego mi nie brakuje – zastanawiali się ludzie, bo już wiedzieli, że więźniowie muszą tak pisać. Co mogła jednak zrobić biedna Leosia? Klepała biedę i bawiła synka, który urodził się pół roku wcześniej.

      Wicek powrócił wiosną 1945 roku, wymizerowany ale cały i zdrowy. Opowiadał, że całą wojnę pracował w fabryce czołgów, a Niemcy traktowali go względnie dobrze jako doskonałego fachowca. Leosia odkarmiała go.  On otworzył kuźnię i miał dużo roboty. Sprowadził z „Odzyskanych” młockarnię z silnikiem, oraz  napędzaną ręcznie, stołową wiertarkę. Chłopi i chłopcy schodzili oglądać jak to żelazo w żelazie robi małą dziurę.

      Bomba wybuchła we wsi kiedy Wicek ogłosił, że jest komunistą, że do kościoła chodzić nie będzie, że proboszcza nie przyjmie po kolędzie. Kogo innego to wieś by zakrakała, ale Wicek miał autorytet i uznali go, co najwyżej, za dziwaka. Znaleźli się od razu tacy co chcieli Wicka zapisać do PPR. Powiedział im, że on jest komunistą francuskim i z tymi ze wschodu zadawać się nie  będzie. Podpadł Władzy.

      Był we wsi gospodarz, nazywał się Zieliński, słynny z pobożności. Prowadził wspólne różance, majowe śpiewy pod figurą Matki Boskiej, czy wielogodzinne modlitwy przy zmarłym. Miał też konie, a konie trzeba było podkuć, to mógł zrobić tylko Wicek. Kiedy zapytał o termin Wicek wyznaczył mu jedenastą godzinę w niedzielę to jest dokładnie wtedy gdy rozpoczynała się Suma w kościele. Biedny Zieliński nie miał wyjścia. Za to pół wsi miało się z czego śmiać.

     W pewne niedzielne popołudnie Wicek został zaproszony do Waśka żeby oblać świeżo okuty wóz. Przyszli też dwaj sąsiedzi: Rochna i Fabich. Kiedy tak sobie siedzieli nad pół litrówką, Waśkowa podała im po kubku kakao, napój im nie znany. Wytłumaczyła im, że te cudo dostała w paczce od ciotki z Ameryki i ugotowała na mleku tak jak poradziła jej stara Dąbrowska. Wtedy Wicek zapytał: - A mleko ci niewykipiałą? Nie – Odpowiedziała Waśkowa. To dziwne, Leosi zawsze wykipi. Co ty opowiadasz – wtrącił się Rochna – mogę iść o zakład, że nie zawsze.

      To dobra – powiedział Wicek – idziemy do mnie, karzę ugotować Leosi 2 litry mleka, jak wykipi to Ty stawiasz ½ litra, a jak nie wykipi to ja stawiam dwie butelki. Zgoda? Zgoda – odpowiedział Rochna, ale powiemy Leosi o tym zakładzie. Zgoda? Wicek zgodził się. Dopili resztę i we czwórkę poszli do Leosi.

     Kiedy wytłumaczyli o co chodzi, Leosia zaczęła rozpalać ogień w kuchni. Siedzieli i czekali. Powiedz mi Leosia – odezwał się Fabich – czy to prawda, że twoja siostra Mania urodziła dzieciaka na miedzy?

    - Prawda, a było to tak. Mania była przy nadziei już trzeci raz. Czuła, że za tydzień lub dwa urodzi. Poszła, aż za górę Kosinowo kopać kartofle. Umówiła się z chłopem, że pod wieczór po nią przyjedzie. Ledwie ukopała pół koszyka chwyciły ją bóle. Dokoła ani ducha, znikąd pomocy.  Nie minęło pół godziny i zaczął się poród. Siedziała na miedzy, ściągnęła kieckę żeby owinąć dzieciaka. Urodził się duży piękny chłopak i zaczął się drzeć. Dała mu cyca. Majtek jak zwykle nie miała, więc przyrodzenie zasłoniła fartuchem.

       Po jakimś czasie postanowiła powlec się do domu. Do tej góry Kosinowej jakoś  doszła, dalej nie miała sił. Usiadła na miedzy, wtedy chłopak zaczął się drzeć. Dawała mu cyca, ale nie chciał pić tylko krzyczał coraz głośniej. Zebrała siły i uklękła, o tak pokazała Leosia, zaczęła go huśtać. Wszyscy chłopi patrzyli na klęczącą Leosię. Wtedy rozległ się syk. Mleko wykipiało… Zanim dopadła je Leosia było już na podłodze!!!

                                                                                                      Piaseczno 13.04.2021 r.

     

 


           

czwartek, 9 grudnia 2021

Humoreska nr 99 W D O W I E C

       

                         


                 Zaczęło się to wtedy gdy dla Klubu Seniora zorganizowano wycieczkę do Żelazowej Woli. Tereska przybiegła do autobusu w ostatniej chwili. Usiadła na jedyne wolne miejsce. Sąsiadkę obok znała dotąd zaledwie z widzenia. Zaczęły rozmawiać.

      Sąsiadka miała na imię Irena i była nauczycielką historii. Tereska wyczuła w niej bratnią duszę bo sama była nauczycielką języka polskiego. Zanim dojechały do celu wiedziały już prawie wszystko o sobie. Obie były wdowami, obie dobijały do siedemdziesiątki, obie miały dzieci i wnuki, które kochały, ale tylko sporadycznie pomagały w opiece nad nimi.

       W drodze powrotnej oczywiście jechały obok siebie i obiecały sobie, że będą często spotykać się. Każda miała samodzielne mieszkanie i względnie dobrą emeryturę, więc nie musiały oglądać się na wsparcie u dzieci.

      Spotykały się to u jednej to u drugiej, a czasem w kawiarni. Uwielbiały też spacery po lesie z kijkami. Rozmawiały o wszystkim, ale jeden temat był tabu. Każda z nich marzyła o przyjacielu, jednocześnie zdawała sobie sprawę, że znalezienie chłopa w tym wieku i to chłopa do rzeczy, graniczy z cudem.

     Pół roku przyjaźni minęło nie wiadomo kiedy i wówczas Tereska doszła do wniosku, że musi wymalować mieszkanie. Poprosiła syna żeby znalazł jej niedrogiego fachowca. Znalazł, zadzwonił i powiedział, że to jest emeryt, technik budowlany, ma opinie „złotej rączki” i na imię Marek. Zapisz Mamo telefon i umawiaj się z nim.

    Przyszedł Marek do Tereski, dziarski, przystojny. Powiedział, że jest  wdowcem. Obejrzał skrupulatnie całe mieszkanie i powiedział, że umywalka w łazience jest paskudna, to jeżeli Pani chce też może ją wymienić. Chciała. On powiedział, że będzie pracował po 5 godzin dziennie .Całość pracy powinien wykonać w tydzień. Życzy sobie po 20 zł za godzinę. Jeśli to Pani odpowiada, to jutro pojedziemy  wybierać kolory farb. Tereska zgodziła się szybko i poczęstowała Go kawą i własnej roboty ciastem. Pochwalił.

    Malowanie posuwało się w szybkim tępię. Lubiła patrzeć jak pracował, zgrabnie, lekko jakby od niechcenia. Oczywiście pochwaliła się telefonicznie swoim majstrem Irence. Ta od razu przybiegła i zaczęła wypytywać Go czy nie zreperował by jej kranu bo kapie. Czemu nie, powiedział, ale przedtem muszę go zobaczyć.

     Koniec pracy Irenka uczciła wytwornym obiadem z winem. Zaprosiła też swoją przyjaciółkę. Obie zachwycały się rezultatami pracy Marka. On zabawiał Je dowcipami.

     U Irenki w domu powiedział, że on dziadostwa robił nie będzie, trzeba kupić nowy kran i umywalkę. Ona podświadomie chciała jak najdłużej zatrzymać u siebie takiego przystojniaka, więc szybko zgodziła się.

     Dla tych kobiet Marek był cennym nabytkiem więc zapraszały Go do siebie na kawki. Wkrótce wszyscy troje byli po imieniu. On dbał o to żeby byli zawsze we troje. Było to trochę dziwne, ale kalkulowały sobie, że nie może zdecydować się którą wybrać, to też wychodziły ze skóry żeby mu się przypodobać.

     Gdy obie zaprosił do siebie na obiad i zaserwował chłodnik litewski, a na drugie danie kaczkę pieczoną z jabłkami były zachwycone, tym bardziej, że przed obiadem zdążyły spenetrować mieszkanie. Wszędzie panował idealny ład i porządek.

     Kiedy wychodziły obie czuły się zakochane w Marku i obie intensywnie myślały jakim sposobem pozbyć się konkurentki.

     Tereska postanowiła poradzić się swojego roztropnego syna. Powiedziała mu, że kocha tego Marka i nie wie co zrobić jak się jej oświadczy? Mamo, bądź spokojna, on Ci się nie oświadczy.

   - Myślisz, że wybierze Irenę.

   - On nie oświadczy się ani Tobie, ani Irence – on jest ciota.

   - Co to znaczy?

   - To znaczy, że jest pedałem. Całe życie żył z innym takim, a gdy tamten zmarł trzy lata temu to wszystkim opowiada, że jest wdowcem.

     Tereska poczuła się tak jakby ktoś zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Powlekła się do domu. Zadzwoniła do Iranki i nakazała jej natychmiast przyjść do siebie. Tamta wystraszona tonem głosu prawie biegła.

      Gdy Irena usłyszała rewelacje, najpierw cicho, a potem co raz głośniej zaczęła się śmiać. Tereska najpierw zdziwiona, potem śmiech jej się udzielił. Śmiały się do łez, pokrzykując co chwila …ale wdowiec,  …ale wdowiec!

                                                                              Piaseczno 25.11.2021 rok

          

              

wtorek, 7 grudnia 2021

hUMORESKA nr 98 NIEDZIELNE POPOŁÓDNIE

        


                                       


                             

                                       NIEDZIELNE  POPOŁUDNIE

           W niedziele popołudnie, rodzinę  7-mio letniego Jasia i 3 letniej Agatki odwiedziła ciocia Krysia. Dzieci otrzymały prezenty: Piotruś  pudełko kredek, a Agatka małego pluszowego kotka. Ciocia z Mamą i Tatą pili kawę i rozmawiali. Dzieci oglądały bajki w telewizji.

         Kiedy ciocia wychodziła podszedł do niej Piotruś i powiedział: - Ciociu dziękuję Ci za prezencik. Na to Ciocia: - Jasiu – niema za co! Ja też tak myślę – z poważną miną powiedział Jaś – ale Mama mi kazała. 

 

Humoreska nr 97 JĘZYK PSZCZÓŁ

    

                                               


      Staś ma 8 lat i mieszka w Warszawie z mamą, tatą i 4-letnią Beatką. Nareszcie doczekał się wakacji. Dziś jest święto, bo cała rodzina jedzie samochodem do Dziadków, do wsi w powiecie Mława. Staś uwielbia wieś, najchętniej mieszkałby tam cały rok.

    Dziadkowie mają duży dom i ogromne budynki gospodarcze, a w nich stado mlecznych krów. Dziadek chorował i przekazał gospodarstwo Kazikowi, bratu Taty, a sam zajmuje się tylko pasieką. Ule stoją w dużym sadzie, pośród jabłoni, czereśni i grusz.  

     Przed wieczorem, w niedziele, rodzina Stasia wyjechała, on szczęśliwy pozostał. W poniedziałek, po śniadaniu, Dziadek powiedział: - Pójdziemy Stasiu popatrzeć jak pracują pszczoły.

      Uli było 36. Już z dala słychać było brzęczenie pszczół. Usiedli na ławce. Z każdego ula, co chwila wylatywały pszczoły, a inne przylatywały.

      Dziadku – zapytał Staś – skąd wie pszczoła, że to jest jej dom? . Pszczoły posiadają najbardziej skomplikowaną formę  porozumiewania się w całym świecie zwierząt. Odbywa się to za pomocą bodźców chemicznych i fizycznych, to jest ich język – powiedział Dziadek. Kiedy młoda pszczoła wylatuje pierwszy raz z ula dokładnie przygląda się otoczeniu własnego domu i zapamiętuje to na całe życie. Gdyby się pomyliła to i tak by nie została wpuszczona do innego bo przy każdym wlocie stoją strażnicy i by jej nie wpuścili.

     A skąd wiedzą, że to obca?

     Po zapachu Stasiu. One mają 1000 razy silniejszy węch niż człowiek.  Każda rodzina pszczela ma charakterystyczny dla siebie zapach.

    Najbardziej charakterystyczną formą porozumiewanie się pszczół jest taniec , zwany również mową pszczół, a to polega na regularnie powtarzających się ruchach pszczół po przestrzeni plastra . Taniec informuje osobniki przebywające w gnieździe o wystąpieniu określonego zjawiska . Kreślone w nim krzywe i kąty są dodatkową informacją o położeniu źródła pożytku względem słońca.

    Innym sposobem przekazywania informacji w ulu są zapachy - feromony. Np. wydzielają feromony alarmowe kiedy są zagrożone i wtedy są gotowe do walki. Także porozumiewają się za pomocą dźwięków i wibracji.

    W ubiegłym roku pokazywałem ci Stasiu plastry, służą one pszczołom do gromadzenia zapasów pokarmu: miodu i pyłku oraz do wychowu czerwiu. Komórki robotnic mają 5,37 mm średnicy i zawsze dokładnie tyle, co do tysięcznej części milimetra, chociaż nie używają żadnej miary.

    Powiem ci jeszcze Stasiu, że królowa wydzielając konkretny zapach kieruje robotnicami i całą strukturą rodziny .

     Dziadku – z tego co powiedziałeś wynika, że pszczoły są bardzo mądre bo wiedzą co gdzie, jak i kiedy mają robić. Myślę, że są bardzo szczęśliwe.

     A dlaczego tak myślisz Stasiu?

     Bo wszystko potrafią bez chodzenia do szkoły!

 

                                                                       

       



Humoreska nr96 ŻONA PROBOSZCZA

    

                          

                                                                                                                                           

Wtedy gdy Maciej postanowił dać wytchnąć koniom, nadeszła Krysia i z pięknym uśmiechem powiedziała: - Witam Stryja. A Stryj orze pod jęczmień czy pod owies?

     - Pod kartofle. A ty skąd się tu wzięłaś?

   - Ojciec zawiózł mnie rano na pole przy bagienku i sadziłam kartofle, sam pojechał w średnią orać pod jęczmień. Mówicie, że pod kartofle, przecież w zeszłym roku tu były  kartofle i tak bez obornika? Agronom mówi, że należy stosować płodozmian.

   - Posadzę wczesne, a jak wzejdą to rzucę trochę nawozu i na początku lipca zawiozę do miasta. Miastowi wszystko zjedzą. Mówisz płodozmian, a Twój Ojciec przez trzy lata na tym samym polu  uprawiał to samo i rok po roku urodziły się trzy córki i to jakie, nie tylko najładniejsze w całej wsi ale i w okolicy. I zaśmiał się ze swojego żartu.

    - A powiedz mi Krysiu co u was, w niedzielę robili proboszcze i ile ty masz lat?

    - O to cały cyrk, a ja niedługo skończę 18.

    - No to opowiadaj!

    - W niedzielę, jak Proboszcz zbierał na tacę, to szepnął Mamie, że po obiedzie przyjdzie do nas z proboszczem z Żuromina w interesach. Mamę zaskoczył, ale jak dodał, że chciałby aby była w domu Marta, to coś jej zaczęło świtać.

    - Przyszli. Mama zaprosiła ich do pokoju. Za chwilę Marta przyniosła kawę i ciasto. Ten z Żuromina wstał, podszedł do Marty, wziął ją za rękę i zaczął pytać jaką szkołę skończyła i czy umie gotować. Oglądał  Martę ze wszystkich stron jak kobyłę na jarmarku. Potem usiadł i powiedział, że chce ją zatrudnić na plebani jako gospodynię. Będzie jej dawał duże pieniądze i ubranie. Będzie z nim jeździła na wycieczki krajowe i zagraniczne, a na rodzinę spłynie błogosławieństwo Boże.

    - Wtedy zabrała głos Mama, powiedziała krótko: – Nic z tego nie będzie. 

    - Wtedy  nasz Proboszcz zaczął długą mowę, że w tym roku papieżem został nasz rodak, że wszyscy Polacy powinni jeszcze bardziej się modlić i służyć Bogu, że służba na plebanii bardzo spodoba się Bogu, a na rodzinę spłynie wiele łask i takie tam farmazony.

    Mama cierpliwie wysłuchała do końca te androny i powiedziała: - Nic z tego!

    Księżula się obrazili i jak nie pyszni wyszli. Mnie i Zosię popadł taki śmiech nie do opanowania. A kiedy Zosia popatrzyła na Martę i powiedziała: - Mogłaś zostać żoną proboszcza to i Marta zaczęła się śmiać i było fajnie.

    Wtedy Tata odezwał się po raz pierwszy: - Ludzie wezmą nas na języki.

    Na to Mama: - Niech wezmą, pogadają tydzień i zapomną. Gdyby Marta tam poszła i wróciła z księdza bachorem to ludzie mieliby o czym gadać latami.  A zauważyłeś mój mężu jak się ślinił, ten stary łajdak, jak oglądał Martę? Brali nas za jełopów. Łaska i błogosławieństwo spotka rodzinę. Owszem spotkałaby nas hańba i wstyd do końca życia. A wam moje panny, śmieszki, powiem, że już nie mogę się doczekać kiedy zostanę babcią. Moim marzeniem jest mieć z tuzin kochanych wnucząt, ale ani jednego od księdza.

    Kasia poszła, a Maciej pomyślał: - Najmłodsza a jaka mądra, szkoda, że nie jestem młody i nie kawaler, zaraz bym się z nią ożenił.

     

  

wtorek, 16 listopada 2021

Humoresk nr 95 ZŁAPAĆ "JASIA"

  

                                                 

           

                                   .                           ZŁAPAĆ  JASIA

            Hania zdała maturę w 1982 roku, w mieści powiatowym. W jej rodzinie, bliższej i dalszej, było kilkunastu nauczycieli, więc i ona też postanowiła zostać pedagogiem. Jako prymuska bez trudu dostała się na Wydział Matematyczny w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie.

          Dostała miejsce w akademiku. Ze swoimi współlokatorkami szybko zaprzyjaźniła się. Okazało się, że na pierwszym roku matematyki są tylko 3 dziewczyny. Hania wiedziała, że jest ładna, więc przy tylu chłopa znalezienie tego jedynego nie będzie problemem. Postanowiła, że na razie będzie przyglądała się tym amantom, a ich zaloty potraktuję z obojętnością.

        W grudniu natknęła się na Zosię ku obopólnej radości. Zosia skończyła ten sam Ogólniak co Hania tylko dwa lata wcześniej. Studiowała biologię już na trzecim roku. Po uściskach, umówiły się na dłuższe spotkanie w studenckiej kawiarni.

       Zosia zapytała Hanię : - Czy ma już chłopaka?

       Zdziwiona Hania odpowiedziała, że nie i że nie widzi powodu do pośpiechu. Zosia uśmiechnęła się i powiedziała: - Jesteś naiwna. Zauważ, że na naszej uczelni na jednego studenta przypadają trzy studentki. Każda rozsądna dziewczyna wie, że jak nie złapie męża na studiach to potem będzie starą panną. Szczególnie gdy dostanie pracę na wsi, szanse na małżeństwo są zerowe. Kawaler na wsi szuka żony do dojenia krów i karmienia świń, a nie do dyskusji intelektualnej. W mieście też jest nie wiele lepiej.

       To co mi radzisz? – Zapytała Hania.

       Jesteś ładna i na razie możesz się nie spieszyć, ale miej oczy otwarte i patrz co się tu dzieje. Zauważyłaś już z pewnością, że w akademiku mieszka wiele małżeństw studenckich z dzieckiem. Na mieście jeszcze więcej. Dla przeciętnej studentki każdy sposób na złapanie „Jasia” jest dobry. Najczęściej jest ciąża, ale są i inne sposoby. Na przykład złapanie takiego naiwniaka, który nigdy nie spał z kobietą. Taki „Jaś” często wtedy myśli, że niebo się przednim otworzyło i łatwo da się zaciągnąć do USC. Bywa i tak, że cwaniara dyskretnie dziurawi prezerwatywy, w dni płodne, a potem oboje narzekają jaki to teraz szmelc produkują.

      Radzę Ci uważać na cwaniaków z 4-go i 5-go roku – mówiła dalej Zosia. Tych jest niewielu. Nie dali się omotać i są z tego dumni. Słyszałam o takich, którzy prowadzą pamiętniki z notatkami kiedy i którą przeleciał, apotem na popijawach licytują się który ma więcej zdobyczy. Oni trzymają się zasady: - Z jedną nie dłużej jak dwa miesiące.

        A ty Zosiu masz chłopaka?

Mam, studiuje budowę mostów na Politechnice Warszawskiej. Jest rudy jak wiewiórka, a na twarzy ma tyle piegów co srocze jajko. Pochodzi z dobrej rodziny i myślę, że jest mi wierny. W najbliższe Boże Narodzenie bierzemy ślub.

      Życzę Ci szczęścia – powiedziała Hania i rozstały się.

      Szybko przekonała się, że Zosia miała rację, W jej grupie takim „Jasiem” „zaopiekowała” się  ciota z piątego roku, a on miał „maślane” oczy na jej widok.

        Postanowiła, że pójdzie do łóżka nie z tym który będzie tego chciał, ale z tym którego ona wybierze i „Jasia” łapać nie będzie.

       Lubiła tańczyć, chodziła na dyskoteki. Zawsze kręcił się koło niej jakiś chłopak. Ona go podpuszczała, udawała łatwą, a potem zostawiała go ze spodniami w ręku. To ją bawiło.

        Cała Uczelnia znała Piotrusia bo jako jedyny na Uczelni jeździł super mercedesem. Studiował już szósty rok na „Młotkach”, czyli „ Wychowaniu Technicznym”, a był dopiero na trzecim roku. Miał podobno niezliczoną ilość  podbojów miłosnych. Kiedyś, na dyskotece przyczepił się do Hani. Tańczył dobrze.  Szybko zaproponował jej, że oni i jeszcze dwie pary pójdą do jego obszernej garsoniery, gdzie ma dobrą muzykę i mnóstwo trunków. Zgodziła się, a potem zniknęła. Miała nadzieję, że odczepi się od niej.

      Po kilku dniach zalazł ją i zaproponował wyjazd do lokalu w Gietrzwałdzie. Zgodziła się. Po drodze powiedziała mu, że lubi jak kierowca trzyma obie ręce na kierownicy. Poskutkowało. W lokalu gadał bez przerwy. Dowiedziała się, że jego ojciec ma  w Reszlu ogromną posiadłość i odlewnię metali kolorowych, zatrudnia 70 robotników, a swoje wyroby sprzedaje za granicą. Mają też duży dom nad jeziorem w Ostródzie i mniejszy w Juracie bo tylko 5-cio pokojowy. Jest jedynakiem i jego mama goni go żeby się żenił bo chce bawić wnuki. Hania jest taka ładna i miła więc na pewno mamie się spodoba. W swojej garsonierze ma mnóstwo zdjęć tych posiadłości to jak się zgodzisz to możesz jeszcze dziś te zdjęcia obejrzeć. Zgodziła się i pomyślała - Ile dziewczyn wysłuchało tą wyuczoną lekcję.

      W drodze powrotnej powiedziała mu żeby podjechał pod akademik to ona zabierze to co kobieta powinna mieć na takiej randce. Kiedy już wysiała z mercedesa powiedziała: - A teraz spływaj buraku i trzasnęła z całych sił drzwiami. Biegiem popędziła do akademika.

       Dużo uczyła się, to też miała dobre wyniki. Koleżanki mówiły, że jej indeksu wstyd ludziom pokazać bo same piątki. Kiedy, po siódmym semestrze, zdała celująco egzamin u starego profesora matematyki, to powiedział jej, że za rok będzie potrzebował asystenta. Jeśli wybierze nośny temat pracy magisterskiej, to po dwóch latach pracy nad nim mogłaby  wyjść z tego rozprawa doktorska. Wtedy będzie miała otwartą drogę do kariery naukowej.  Taka perspektywa spodobała się Hani.

       Postanowiła uwieść Stasia i uwiodła. Pracował na jej wydziale. Był rozwiedziony i miał tytuł doktora habilitowanego. Dowiedziała się, że ożenił się jeszcze jako student z ładną dziewczyną. Ta po roku zostawiła go bez słowa i drapnęła do Raichu z jakimś autochtonem. Bardzo ciężko to przeżył i potem stronił od kobiet. Ślub wzięli gdy ukończył studia.

       Jeszcze wcześniej koleżanka powiedziała jej, że ten Stasiu to „mamin synek”. Nie szkodzi odpaliła Hanka – teraz ja będę jego matką w dzień, a w nocy kochanką!!!